czwartek, 15 lutego 2018

Rozdział 13.

Zapraszam do kolejnego rozdziału. Komentujcie i oceniajcie kochani! 

*~~~~~~*~~~~~~*


„Była ucieleśnieniem moich marzeń. Dzięki niej stałem się tym, kim jestem, a trzymanie jej w ramionach wydawało się bardziej naturalne niż bicie serca” – Nicholas Sparks „Pamiętnik.”

*

Ciepłe, wiosenne powietrze wpadało przez otwarte okno.  Hogwart dopiero się budził, lecz oni nie spali od dłuższego czasu. Wtuleni w siebie słuchali swoich oddechów i w milczeniu czekali aż świt zaleje cały pokój. Blade, różowe słońce zamigotało na zielonych zasłonach i białych ścianach pokoju Malfoya.  Wkradło się do sypialni i rozświetliło stojące na nocnych szafkach szklane puchary. Kasztanowłosa wtuliła twarz w szyję chłopaka i zacisnęła powieki. Kolejny poranek, kolejny dzień który zbliżał ich do zakończenia szkoły.  Na samą myśl miała ochotę przeklnąć świat by pogrążył się w ciemnościach, tak aby już nigdy nie nadszedł nowy dzień. Draco wyczuł niepokój dziewczyny i przytulił ją mocniej. Opuszkami palców wodził po jej ramieniu i co chwilę przymykał oczy by mocniej poczuć zapach jej włosów, które pachniały rześkim porankiem. Od spotkania z Teodorem Nottem minęło kilka dni i choć starał się o tym nie myśleć, wciąż wracał do nieudanego spotkania ze starym przyjacielem.  Nie dawało mu to spokoju. Nott zmienił się nie do poznania. Był cieniem człowieka którego niegdyś znał i przerażała go myśl, że jego przyjaciel już na zawsze taki pozostanie. Czuł jak demony przeszłości wciąż nie chcą pozwolić o sobie zapomnieć. Wojna, ojciec, Voldemort, Śmierciożercy..
Draco wziął głęboki wdech i po raz kolejny odgonił od siebie czarne myśli. Nottem zajmie się później. Najpierw musi załatwić swoje własne sprawy. Pocałował Gryfonkę w czoło i niechętnie przerwał panującą ciszę.
-Hermiono.. – zaczął łagodnie. – Musimy wstać. Dzisiaj jest próba. –
- Wiem. – odparła cicho szatynka. – Dzisiaj ćwiczymy ostatnie sceny. – dodała z niechęcią.  Ostatnie na co miała dzisiaj ochotę, to na próbę przedstawienia. Choć starała się z całych sił zrozumieć Astorię, to ta zaczęła poważnie działać jej na nerwy. Pojawiała się przy Draconie na każdej przerwie, codziennie wysyłała listy przez sowę, a na próbach, między scenami starała się odciągnąć Ślizgona od grupy, a najbardziej od Hermiony. Mimo iż chłopak dał jej wyraźnie do zrozumienia by dała sobie spokój, Astoria w akcie rozpaczy postanowiła nie odpuszczać. Hermiona cierpliwie znosiła umizgi Ślizgonki, wiedząc w jak beznadziejnej sytuacji się znajduje, jednak upór dziewczyny zaczął ją irytować. Za to tym co ją zszokowało, było zachowanie jej starszej siostry Daphne. Zawsze głośna i wyrachowana blondynka nie dopingowała swojej młodszej siostry w dążeniu do celu. O dziwo starsza z sióstr Greengrass tym razem postanowiła się nie wtrącać. Z tego co Hermiona dowiedziała się od Pansy, Daphne całkowicie ignorowała ją jak i Blaisea. Nie kryła się za to ze swoim związkiem z Terencem Higgsem. Wszędzie chodzili razem trzymając się za ręce, spędzali wspólnie przerwy i razem siedzieli podczas zajęć. Ponoć Daphne dostała od ojca list w którym mężczyzna kazał jej w trybie natychmiastowym zerwać wszelkie kontakty z Higgsem, jednak zaraz po przeczytaniu Daphne wrzuciła list do kominka.
- Nie zdziwię się jak wybuchnie jakiś skandal. – szepnęła konspiracyjnie Ginny gdy razem z Hermioną rozkładały kostiumy w Sali Pamięci, w której odbywały się próby. – Może ucieknie razem z Terencem? – zachichotała. – A może.. – szepnęła podekscytowana. – Może ty i Draco też uciekniecie? –
Hermiona popatrzyła na nią spode łba.
- Nikt nie będzie uciekał Ginny… - odezwała się kasztanowłosa. – Jaki jest sens w byciu razem, gdy nie można dzielić szczęścia z rodziną? – dodała smutno. Pomyślała że nawet jeśli nie ma zamiaru uciekać, to i tak nie ma z kim dzielić teraz tego szczęścia. Jej rodzice, wciąż pozbawieni pamięci żyli gdzieś w Australii i nie pamiętali że mają córkę.
Ginny podeszła do przyjaciółki i wzięła jej dłoń w swoją.
- Odnajdziesz ich. Jestem tego pewna. –
- Dziękuję. – odparła Hermiona  i uśmiechnęła się delikatnie. Po chwili jednak musiała wziąć się w garść, gdyż do Sali Pamięci zaczęli wchodzić wszyscy którzy brali udział w przedstawieniu. Napotkała wzrok Dracona który wszedł do Sali razem z Blaisem i Pansy. Jej serce zabiło szybciej, znów poczuła to wspaniałe uczucie które za każdym razem jej towarzyszyło, gdy tylko on znalazł się obok. Wyprostowała się, wzięła do ręki scenariusz i usiadła na miejscu reżysera.

*

Ostatnie tygodnie mógłby nazwać najgorszymi jakie kiedykolwiek miał w życiu, nie licząc tych wszystkich chwil w trakcie wojny. Wraz z nadejściem kwietnia nauczyciele katowali ich formułkami zaklęć, oraz ich praktycznym zastosowaniem, sporządzaniem eliksirów i całym mnóstwem dat, jakie musieli zapamiętać na zbliżający się egzamin.
- Owutemy to nie przelewki! – grzmiał profesor Flitwick zza swojej katedry. – O waszej przyszłości zadecydują wyniki egzaminu końcowego, więc przyłóżcie się do pracy. – przestrzegał.
Nikomu tak naprawdę nie musiał tego powtarzać. Wszyscy siódmoklasiści niczym w amoku wertowali zwoje pergaminów i notatek z ostatnich siedmiu lat. W salonie Prefektów Naczelnych codziennie zbierała się grupka uczniów złożona z Hermiony, Rona, Harryego, Dracona, Blaisea, Pansy, Nevilla, Hanny, Ginny i Luny, gdyż i one uczyły się na swój egzamin, zwany Sumami.
Mimo takiego zagęszczenia przez większość czasu panowała cisza w której słychać było tylko skrobanie piór o pergaminy, lub zadawane szeptem pytania. Nawet poprzedzający egzamin mecz o Puchar Quiddicha nie wzbudzał takich emocji jak sam test. Draco i Blaise oraz reszta drużyny Ślizgonów  trenowali co drugi dzień, aż do dnia meczu. Meteor 3000 niczym jaguar mruczał Draconowi w dłoniach za każdym razem gdy dosiadał miotły. Zamykał wtedy powieki i na krótką chwilę dawał ponieść się pędowi. Wiatr targał mu jasne, półdługie włosy i szeleścił peleryną. Czasami miał ochotę wznieść się jeszcze wyżej, unieść się ponad chmury i zobaczyć jak mały potrafi być świat i jego problemy. W takich chwilach czuł jak jego dusza jaśnieje, niczym sam złoty znicz. Zniżył swój lot gdyż na godzinę przed meczem nie wolno mu było przebywać na boisku i dostrzegł rozwiane, długie włosy Gryfonki, która właśnie zajmowała miejsce na trybunach.  Zawisł przed nią na miotle i oparł się rękami o barierkę.
- Więc masz zamiar kibicować Ślizgonom? – zapytał i uśmiechnął się łobuzersko.
- Nie. – odparła Hermiona i zbliżyła się do Dracona. – Przyszłam tylko ci powiedzieć że Blaise cię szuka, robi jakieś super ważne spotkanie przed meczem. –
- Wiem, zaraz tam idę. – Draco westchnął i po chwili znów  się odezwał. – Ale tak serio, to komu zamierzasz kibicować? –
Hermiona zaśmiała się w duchu widząc zakłopotanie Ślizgona i jego niepewną minę.
- Pani dyrektor w drodze wyjątku zgodziła się bym usiadła wraz z nauczycielami, na neutralnym gruncie. – odparła rozbawiona, lecz widząc skwaszoną minę arystokraty po chwili  dodała poważnie – Kibicuję tak samo tobie jak i mojej drużynie, więc albo usiądę na trybunach dla profesorów, albo wcale. - 
- Dobrze, rozumiem. – odparł Draco i nachylił się by dać dziewczynie szybkiego, niespodziewanego buziaka. – Ale wiem, że to i tak mi będziesz kibicowała. – dodał uśmiechając się szeroko po czym odbił się od barierki i zniknął po chwili za boiskiem.
Hermiona nie zdążyła wydusić z siebie choćby słowa. Pokręciła tylko głową z niedowierzaniem i wciąż z uśmiechem na twarzy zeszła z trybun.
~
Po godzinie całe boisko pękało w szwach. Na trybunach pojawili się nie tylko wszyscy uczniowie Hogwartu ale także nauczyciele, stary woźny Filch, a nawet duchy ledwie widoczne w blasku popołudniowego słońca. Atmosfera była napięta ale jednocześnie pełna pozytywnej energii. Wszyscy chcieli zobaczyć mecz z udziałem bohaterów wojennych którzy po raz ostatni zagrają na szkolnym boisku. Gdy drużyna Gryffindoru wyszła na murawę wrzask z sektora Gryfonów, Krukonów i Puchonów praktycznie zwalał z nóg. Hermiona kątem oka zauważyła jak Minerva McGonagall próbowała dyskretnie zakryć swoje uszy, jednak na niewiele się to zdało. Zaraz za drużyną lwów pojawili się zawodnicy domu Salazara. Sektor Ślizgonów ryknął entuzjastycznie i  ku zdumieniu Hermiony po chwili do wrzawy dołączyły się pozostałe domy. Gryfonka poczuła wzruszenie. Na ten jeden mecz wszyscy postanowili zapomnieć o waśniach i wspierać wszystkich zawodników którzy przecież jak zawsze, dawali z siebie wszystko.
Gdy profesor Rolanda Hooch wyszła na boisko zapanowała cisza. Harry i Blaise jako kapitanowie drużyn uścisnęli sobie dłonie i po chwili wsiedli na swoje miotły. Już po chwili profesor Hooch uwolniła piłki i jako główny sędzia również wzbiła się w powietrze. Komentatorem spotkania został Terry Boot z Ravenclawu, który stojąc na specjalnym wzniesieniu obok loży nauczycieli, relacjonował przebieg meczu.
Draco poczuł jak adrenalina uderza mu do głowy.  Ostatni mecz w tej szkole. Ostatnia szansa na puchar. Próbował tak o tym nie myśleć. W końcu zawsze się starał jak mógł, jednak Potter praktycznie za każdym razem okazywał się lepszy. Spojrzał w stronę kapitana drużyny Gryfonów. Włosy Harryego powiewały na wietrze tworząc na głowie Wybrańca jeszcze większy nieład niż zwykle. Miał skupioną i zaciętą minę, próbował koordynować zespołem jednocześnie wypatrując znicza którego nigdzie nie było widać, i jak na razie wychodziło mu to całkiem nieźle.  Był nie tylko dobrym kapitanem, ale i świetnym zawodnikiem. Draco musiał to przed sobą przyznać. Wieloletnia niechęć do Pottera nie była czymś, czego sam pragnął. Podżegany przez ojca, wysłuchujący jak to przez niego Czarny Pan stracił władzę u szczytu swoich możliwości, wierzył że Harryego trzeba nienawidzić. Z zasady. Do tego otoczka Wybrańca i te jego zdolności do Quiddicha, które ponoć odziedziczył po równie uzdolnionym w tym sporcie ojcu. Jednak za każdym razem Potter udowadniał jak bardzo Voldemort i jego ojciec się mylili. Osierocony, gnębiony i z góry skazany na poświęcenie wciąż wiedział którą stronę ma wybrać. Odważny, uparty i nadpobudliwy. Nieustannie pakujący się w kłopoty. Czasami Draco czuł, że chciałby być taki jak Potter. Wolny. Tego zazdrościł mu najbardziej.
Spojrzał w kierunku Harryego który zataczał kolejne koło nad boiskiem. Był skupiony i pełen determinacji. „Niech wygra lepszy, Potter”, pomyślał i tak jak on wzbił się wyżej na swoim Meteorze 3000.
 Terry Boot grzmiał ponad rykiem tłumu dzięki zaklęciu które wielokrotnie wzmacniało jego głos. Gryffindor prowadził jedynie dziesięcioma punktami i każdy niecierpliwie czekał na moment, aż w końcu któryś z szukających złapie Złoty Znicz. Gdy jeden z zawodników drużyny Slytherinu strzelił gola i tym samym zremisował z Gryffindorem, Draco zaczął się denerwować. Miał wrażenie że oczy zaczynają go niemiłosiernie piec od ciągłego rozglądania się we wszystkie strony. Nagle zauważył złoty blask, zaraz obok loży nauczycieli, gdzie siedziała także Hermiona. Mała, złota piłeczka ze srebrnymi skrzydełkami które trzepotały jak skrzydła kolibra, lewitowała nie więcej jak dwa metry nad ziemią. Rzucił się w jej kierunku jak szalony i jedynie na ułamek sekundy pozwolił sobie spojrzeć na Harryego który zrobił to samo co on. Wrzask z trybun zapewne ogłuszał, jednak on już nic nie słyszał. Żaden dźwięk już do niego nie docierał, jedynie świst powietrza wdzierał mu się do głowy.  Wyciągnął prawą rękę przed siebie a lewą mocniej zacisnął na rączce miotły. „Proszę, szybciej” jęknął w duchu i poczuł jak Meteor wyrywa się do przodu. Po chwili zarył nogami o murawę i modlił się do Salazara by ich nie połamać. Zatrzymał się kilka metrów dalej i wciąż siedząc na miotle otworzył zaciśniętą rękę. Mała piłeczka w geście rezygnacji opuściła skrzydełka i leżała nieruchomo na drżącej od emocji dłoni arystokraty. Na chwilę zapanowała absolutna cisza i Draco nie wiedział czy to wciąż wina adrenaliny, czy jednak wszyscy na chwilę zamilkli. Jednak już po sekundzie rozdzierający ryk Ślizgonów jak i oklaski pozostałych kibiców zatrzęsły trybunami aż do samej ziemi. Blaise oraz reszta graczy wylądowała obok Dracona i w następnych minutach blondyn przechodził z rąk do rąk. Spojrzał na Harryego który stał wraz z Ronem, Ginny i pozostałymi Gryfonami po przeciwnej stronie i nie mógł uwierzyć widząc ich twarze. Myślał że zobaczy gniew, złość i niedowierzanie. Był pewny że Weasley się poryczy albo zacznie wygrażać mu pięściami, jednak oni stali tylko obok siebie i śmiali się na widok rozentuzjazmowanego tłumu. Harry poprawiał swoje roztargane włosy a Ron obejmował Lunę, która przybiegła do niego i pocałowała w rozgrzany policzek. Draco uścisnął jeszcze kilka dłoni i nie zważając na resztę rozhisteryzowanych Ślizgonów podszedł do reprezentantów domu lwa.
Zatrzymał się przed Harrym i nie wiedział co powiedzieć. Że wygrał lepszy? Nigdy się za takiego nie uważał, chociaż zawsze tego pragnął. Przez tyle lat Potter pokazywał mu gdzie jego miejsce, a teraz, na sam koniec to on zdobył puchar. To miotła, tak to na pewno przez miotłę. Meteor 3000 nie był zbyt sprawiedliwy w porównaniu do starszej miotły Wybrańca. Więc to nie jego zasługa, to miotła..
- Gratuluję Draco. – odezwał się nagle Harry wyrywając Ślizgona z jego myśli. – Byłeś świetny. – dodał i wyciągnął w kierunku arystokraty dłoń.
- Dzięki. – odparł blondyn. – Ty też. –
Stojący obok Ron zmarszczył brwi.
- Co jest Malfoy? – zdziwił się. – Wygraliście Puchar Quiddicha, a minę masz jakby było zupełnie inaczej. – dodał i spojrzał na Harrego który również nie wiedział co się dzieje.
- Draco.. –
Blondyn od razu odwrócił się na dźwięk jej głosu. Kasztanowłosa Gryfonka stała przed nim trzymając w dłoniach flagę Gryffindoru i Slytherinu i uśmiechała się do niego promiennie.
- Byłeś niesamowity. – kontynuowała. – Zauważyłeś piłeczkę na ułamek sekundy przed Harrym. Wiedziałam że ci się uda. – dodała pewnie.
Draco poczuł że znów staje się sobą. A więc tym razem był lepszy. Tym razem to on złapał Złoty Znicz i po raz ostatni jako szkolny szukający Ślizgonów udało mu się zapewnić drużynie zwycięstwo. Podszedł do Hermiony i objął ją czule, po czym uniósł wysoko lewą rękę do której przełożył wcześniej złotą piłkę i wydał z siebie głośny okrzyk radości. Zawtórowała mu cała szkoła krzycząc i klaszcząc z całych sił. Blaise klepał Terenca Higgsa po plecach z siłą nosorożca a młodsze Ślizgonki podskakiwały na swoich miejscach wywrzaskując nazwisko Dracona. Na murawę dumnym krokiem weszła Minerva McGonagall niosąc w rękach wielki puchar Quiddicha i podała go Blaiseowi, kapitanowi drużyny którego oczy niebezpiecznie się zaszkliły. Blaise natychmiast podał puchar Draconowi i oboje podnieśli go w geście zwycięstwa. Okrzyk radości uczniów Hogwartu niósł się przez całe błonia aż do murów zamku.

*

Profesor Slughorn będący jednocześnie opiekunem Slytherinu, od kilku dni nie mówił o niczym innym jak o tym, że uczniowie z jego domu podarowali mu najwspanialszy prezent na zakończenie roku jaki tylko mogli. Wielki, złoty, wysadzany kamieniami puchar spoczął w jego gabinecie i zdawać by się mogło że żadna siła nie będzie go w stanie stamtąd wyciągnąć.
- Za rok mu go odbiorę. – mruknęła Ginny gdy profesor po raz kolejny rozpływał się nad pucharem przy śniadaniu w Wielkiej Sali.
- Nie mam co do tego wątpliwości. – odparł Harry i wziął kolejną porcję jajecznicy.
- Jestem pewny że w przyszłym roku puchar znów wróci do Gryffindoru, postaraj się o to Ginny. – dodał Ron i spojrzał na swojego przyjaciela ze zdumieniem. – Harry, nie żebym się wtrącał ale nie uważasz że trochę za dużo już zjadłeś? –
Harry podniósł wzrok znad talerza i zmarszczył brwi.
- O so chi choodzi? – wybełkotał z pełnymi ustami.
- Za godzinę mamy pierwszy egzamin, jeszcze cię zemdli i dopiero będzie. –
- Nie bój nic. – odparł Harry przełykając porcję jajek . – I bez tego egzaminu mogę iść do akademii Aurorów, to tylko formalność.  Z resztą, ty tak samo Ron. – odparł i wziął łyk dyniowego soku.
Ron przytaknął mu niepewnie i mimo wszystko wyciągnął z torby ostatnie notatki.
~
Chodziła tam i z powrotem niczym nakręcona kluczykiem zabawka. Powtarzając w myślach formułki zaklęć, daty i wszystkie zdobyte przez te osiem lat informacje, próbowała skupić się na oddychaniu.
-Hermiono, za chwilę wychodzisz w podłodze dziurę. – odezwał się Draco. – Nie denerwuj się. – dodał i zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze profesor Flitwick zaprosił wszystkich uczniów do Wielkiej Sali która na potrzeby egzaminu pisemnego została pozbawiona stołów jadalnych. Kilkadziesiąt stolików i krzeseł ustawiono w równych rzędach i podpisano. Draco usiadł kilka miejsc za Hermioną i skinął w jej stronę głową. „Powodzenia”  wyczytała z jego ust i usiadła na swoim krześle. Położyła ręce na stoliku i wzięła głęboki wdech. Co ma być to będzie, pomyślała gdy profesor rozdał karty egzaminacyjne.
- Od tej chwili macie dwie godziny na napisanie egzaminu. – zaczął profesor Flitwick. - Wszelkiego typu ściąganie lub oszukiwanie będzie oznaczało niezdanie egzaminu i natychmiastowe opuszczenie sali. Mam nadzieję że nic takiego się nie wydarzy. Cóż, życzę wam powodzenia! – dodał i odwrócił klepsydrę. Piasek zamknięty w szklanym naczyniu powoli zaczął się przesypywać.

~
Jękom nie było końca.  Większość uczniów rozmasowywała nadgarstki i z niezadowolonymi, umęczonymi twarzami opuszczała salę egzaminacyjną.
- To była katorga. – marudził Ron. – Komu udało się odpowiedzieć na szóste pytanie z Historii Magii? Skąd mam do diabła wiedzieć czy konflikt między Urlykiem Gniewnym a Udygiem Czarnobrodym był jedną z dwóch setek  wojen między goblinami, czy jednak tylko zwykłą potyczką? Na Merlina.. –
Z odpowiedzią ruszyła mu oczywiście Hermiona.
-  Konflikt między Urlykiem Gniewnym a Udygiem Czarnobrodym był czterdziestą siódmą wojną między tymi plemionami. Powinieneś to wiedzieć, profesor Binns przypominał o tym dwa tygodnie temu. –
- Jasne.. – mruknął zrezygnowany Ron i wziął głęboki wdech gdy wyszli na szkolne błonia zalane ciepłym, majowym słońcem.  – Ciekawe jak tam szóste klasy, ponoć ich egzamin odbywał się w Sali Pamięci. Tak na dobrą sprawę powinni egzamin pisać w piątej klasie ale przez wojnę się nie odbył więc musieli zaliczyć go w tym roku.. – zaczął lecz widząc siedzącą na kocu Ginny i Lunę przyspieszył kroku.
- Wy już po? – zdziwił się Harry.
- SUMy to nie Owutemy. – wzruszyła ramionami Ginny. – Jak wam poszło? –
- Nieźle. -  skłamał Ron i usiadł obok Luny.
Po chwili do paczki dołączył Draco z Blaisem i Pansy, oraz Neville z Hanną. Pogoda rozleniwiała i choć wszystkich czekały kolejne testy, nikt nie wyglądał tak jakby się tym zbytnio przejmował.

*

Plugawy. Taki mu się teraz wydawał jego dawny przyjaciel. Kiedyś był dla niego wzorem, zrobiłby dla niego wszystko. Gdyby chciał obalić Voldemorta i sam przejąć władzę byłby pierwszym, który by mu w tym pomógł. Teraz nie zostało nic z dawnej dumy. Nic, tylko smród tej szlamowatej dziwki który czuł na jego koszuli, w tamtej rozwalającej się chacie.
Teodor Nott od tygodni planował to co chciał zrobić od dłuższego czasu. Wyrwać Dracona ze szponów mugolaczki, która jego zdaniem całkowicie przewróciła mu w głowie. Stary Malfoy na wieść że jego syn zadaje się ze szlamowatą dziewczyną popadł w jeszcze większą apatię.  Miał ochotę go zabić, liczył na gniew, ryki wściekłości i żądania natychmiastowego uwolnienia w celu zabicia tej brudnokrwistej dziewuchy, jednak Lucjusz Malfoy jedyne co powiedział na rewelacje Notta to ciche „A więc to tak”. Brunet kolejny wieczór spędzał w piwnicach obskurnego domu na zapomnianej przez Boga i cieszył się z faktu że tym razem nie musi wrzeszczeć na rodzeństwo Carrow, Rudolfa Lestrangea i starego Goylea. Wszystko było już gotowe, gdy kilka miesięcy temu zmusił emerytowane małżeństwo McCrasów by wyprodukowali dla niego kilka mugolsko – czarodziejskich bomb, nie sądził że aż tak dobrze im pójdzie. Trochę żałował że ich zabił, mogliby się jeszcze na coś przydać, jednak nie chciał mieć żadnych świadków. Ostrożnie skończył pakować materiały wybuchowe i wyszedł z piwnicy na pierwsze piętro, gdzie w obskurnym saloniku siedzieli pozostali domownicy i grali w magiczne karty.
- Za dwa dni ruszamy. – oznajmił suchym, beznamiętnym tonem. Położył ciężki pakunek obok wygaszonego kominka i wyszedł z salonu. Szedł krótkim, ciemnym korytarzem po czym skręcił do pokoju w którym wciąż przebywał skuty łańcuchami Lucjusz.
- Nie masz tego dosyć? – zapytał odpalając papierosa. Usiadł na jedynym krześle jakie znajdowało się w pokoju i odchylił się na nim do tyłu nogą opierając się o brudny parapet. Malfoy nie zaszczycił go nawet spojrzeniem. Głowa zwisała mu smętnie a niegdyś długie, jasne kosmyki były poplątane i brudne. – Niedługo ruszamy na Hogwart. Nie boisz się że twojemu synalkowi może się coś stać? – zapytał prowokacyjnie. Arystokrata drgnął, lecz wciąż nic nie mówił. Powoli doprowadzał tym Notta do szału.
- Rób co chcesz.. – warknął Teodor i zmiażdżył niedopałek o kamienny parapet. – I tak już na nic mi się nie przydasz. – dodał i wyszedł z pokoju szybkim krokiem. Zatrzymał się by wyciągnąć różdżkę i wypowiedzieć słowa zaklęcia uśmiercającego, lecz ostatecznie tego nie zrobił. Schował różdżkę z powrotem do kieszeni i po chwili zniknął za drzwiami własnej sypialni.

*

Gdy Pansy kolejny raz przyłapała Astorię na śledzeniu Dracona, obiecała sobie w duchu że jeśli znów to się powtórzy doniesie o wszystkim samej dyrektor. Młoda Greengrassówna dawała z siebie wszystko by Malfoy zainteresował się nią bardziej niż tylko na te krótkie chwile podczas prób. Jednak w głębi serca Ślizgonce było dziewczyny zwyczajnie żal. Z pewnością zdawała sobie sprawę, że po ślubie nic się nie zmieni. Dla Dracona wciąż będzie tylko koleżanką, nikim więcej. Westchnęła głęboko i położyła dłoń na ramieniu dziewczyny, która czaiła się za jednym ze szkolnych filarów. Zaskoczona nastolatka aż podskoczyła lecz zanim zdążyła powiedzieć choćby słowo Pansy zaciągnęła ją w głąb korytarza.
- To co robisz jest głupie. – stwierdziła Pansy puszczając rękę dziewczyny. – Nic ci nie przyjdzie z łażenia za nim krok w krok. – dodała.
- Skąd możesz to wiedzieć. – odparła Astoria a na jej policzkach pojawiły się czerwone plamy.
- Doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. – Pansy zaczęła tracić cierpliwość. – Wiem że to trudne, bo.. –
- Nic nie wiesz! – przerwała jej nagle Astoria. – Nic nie wiesz... – dodała ciszej i spuściła wzrok. – Wiesz jak to jest patrzeć na człowieka którego kochasz, a który nawet nie zwraca na ciebie uwagi? Wiesz jak to jest dowiedzieć się że najprawdopodobniej zostaniecie małżeństwem i masz gdzieś fakt że to ze względu na interesy i kwestie czystej krwi, a później widzisz że twój przyszły mąż kocha kogoś innego? Nic nie wiesz…  Jeżeli się nie poddam, to może… to może w końcu mnie zauważy. Jednak, nie mam odwagi by mu powiedzieć jak bardzo… jak bardzo go kocham… Jestem żałosna. – powiedziała a po jej policzkach spłynęły łzy. Po chwili otworzyła szeroko oczy gdy poczuła jak ramiona Pansy ją obejmują.
- Nie jesteś żałosna. – usłyszała.
Parkinson puściła zaskoczoną dziewczynę i zanim odeszła powiedziała.
- Powiedz mu co czujesz. To raczej niczego nie zmieni, ale przynajmniej będzie wiedział. Będzie musiał o tobie pomyśleć. – uśmiechnęła się lekko i po chwili zostawiła Astorię samą.
~
Hogwart tonął w ciemnościach nocy. Jedynie blade światła pochodni rozświetlały korytarze i tworzyły klimat starego zamku. Oprócz cichych kroków dwójki Prefektów Naczelnych dookoła panowała cisza i spokój.
- Będziesz za tym tęsknił? – zapytała Hermiona gdy minęli kolejny korytarz.
- Za patrolami? – zdumiał się Draco. – Cóż, robię je z tobą, więc tak.
Hermiona uśmiechnęła się szeroko jednak po chwili sprecyzowała pytanie.
- Chodziło mi bardziej o szkołę. O Hogwart. – powiedziała i dotknęła murów zamku. – Tyle wspomnień. – westchnęła. – Pamiętasz swój pierwszy dzień? W pociągu do szkoły cały czas pomagałam Nevillowi szukać jego ropuchy. – zaśmiała się Gryfonka. – Wtedy też poznałam Harryego i Rona, nie od razu zostaliśmy przyjaciółmi. – przyznała. – A jak było z tobą? –
Draco zastanawiał się przez chwilę, po czym odpowiedział.
- Cóż, Crabbeya i Goylea znałem od dzieciństwa, więc nie byłem sam, a że wychowywałem się w magicznej rodzinie to i Hogwart nie był dla mnie czymś zaskakującym. Widziałem go na wielu fotografiach i niejednokrotnie o nim słyszałem, ale przyznam, że mimo to zrobił na mnie wielkie wrażenie. – odparł i uśmiechnął się do Hermiony. – Ale wiem o co ci chodziło. Też będę tęsknił. – odparł i chwycił ją za rękę.
Szli razem przez szerokie korytarze pogrążonego w ciszy zamku i nie musieli nic mówić by wzajemnie się rozumieć. Za miesiąc skończą szkołę, opuszczą Hogwart jako uczniowie i już nigdy więcej nie będą nimi tak jak teraz. Osiem lat podczas których wydarzyło się tak wiele. Osiem lat radości, przyjaźni i uśmiechów, ale również osiem lat bólu, strachu i tak wielu poległych w walce o Hogwart, podczas ostatniej wojny.
Hermiona pomyślała o profesorze Dumbledorze. Czy nieżyjący już dyrektor Hogwartu byłby z nich dumny? Czy właśnie tego oczekiwał? Pragnął zjednoczenia między domami Gryffindoru i Slytherinu, więc w pewnym stopniu jego marzenie się spełniło.  Oto Gryfonka idzie trzymając za rękę Ślizgona i kocha go szczerze, tak jak i on ją.
- Draco.. – Hermiona zatrzymała się nagle. Sama nie wiedziała czemu ale czuła że właśnie to powinna zrobić w tej chwili. Ślizgon stanął obok niej i spojrzał w jej duże, brązowe oczy. Dziewczyna uniosła swoją drobną dłoń i położyła ją na chłodnym policzku chłopaka. Draco zmrużył oczy i dotknął jej dłoni swoją własną. Już miał coś powiedzieć gdy nagle zamkiem poruszył silny wstrząs i usłyszeli głośny wybuch na błoniach. Stali patrząc na siebie przez chwilę po czym ruszyli pędem by dostać się na wyższe piętro. Po drodze spotkali profesora Slughorna, który w samej piżamie wyszedł na korytarz.
- Co się dzieje? Co to było? – zapytał zduszonym głosem.
Jednak Draco i Hermiona nie zatrzymali się by mu odpowiedzieć. Biegli dalej aż dotarli do głównego wyjścia. Minerva McGonagall już tam była i zdecydowanym, stanowczym tonem wydawała polecenia. Dzięki zaklęciu jej głos rozbrzmiewał na cały zamek i przekrzykiwał odgłosy wybuchów.
- Wszyscy uczniowie mają zostać w swoich dormitoriach! Prefekci domów mają zadbać o ich bezpieczeństwo. Wszyscy nauczyciele natychmiast stawią się obok Wielkiej Sali. –
- Pani dyrektor! – zawołała Hermiona dobiegając do drzwi. – Co się dzieje? –
- Granger, Malfoy, wy także macie iść do swojego dormitorium. – powiedziała już normalnym głosem i poprawiła swoją pelerynę. – Nauczyciele już tu idą, poradzimy sobie. –
- Poradzicie sobie z czym? – zapytał Draco jednak gdzieś w głębi czuł że zna odpowiedź.
Minerva spojrzała na niego zmartwionym wzrokiem i odparła.
- Śmierciożercy. Zdołali przełamać bariery wokół zamku dzięki tym dziwnym bombom. Musimy zrobić wszystko by nie wpuścić ich do zamku. Nie chcę tutaj powtórki z szóstego roku. – syknęła. – Wracajcie do dormitorium, natychmiast. – dodała i widząc nadbiegającą grupkę nauczycieli minęła oniemiałych Prefektów Naczelnych.
Draco chwycił Hermionę za nadgarstek i pociągnął ją w głąb korytarza. Prowadził ją w milczeniu na wyższe piętra i zatrzymał się dopiero na trzecim. Odwrócił się w jej stronę i siląc się na spokój puścił jej rękę.
- Idź do wieży Gryffindoru, tam jest Potter, Weasley, Neville i Ginny. Będziesz bezpieczna. Ja muszę iść na błonia, jeśli jest tam mój ociec… to mu nie daruję. – powiedział stanowczo.
- Nigdzie nie idziesz. – wysyczała Hermiona odzyskawszy nagle głos. – Nawet o tym nie myśl. – dodała i zagrodziła mu drogę.
- Hermiono.. – zaczął Draco błagalnie lecz ona nie ustępowała.
- Wiem co ci chodzi po głowie Draco, ale nie myśl że ci na to pozwolę. Jeżeli twój ojciec tam jest, to nauczyciele się z nim rozprawią. –
- On ich pozabija! – warknął blondyn i ruszył przed siebie.
Hermiona już recytowała w głowie zaklęcie paraliżujące, jednak przerwała gdy usłyszała czyiś głos.
- Twojego ojca tam nie ma, Malfoy. –
Draco odwrócił się natychmiast i zobaczył że przy posągu Jednookiej Wiedźmy stoi Teodor Nott. Leniwie obracał w palcach różdżkę i przyglądał się parze z zaciekawieniem. W tym samym momencie zamkiem wstrząsnęła kolejna eksplozja.
- Rodzeństwo Carrow spisuje się nieźle. – zauważył brunet.
Blondyn zmarszczył brwi i stanął przed Gryfonką, tak by zasłonić ją własnym ciałem.
- Więc to ty uwolniłeś ich z Azkabanu. – zauważył Draco i ścisnął różdżkę mocniej.
- Dopiero teraz na to wpadłeś? –
- Miałem takie podejrzenia, ale nie chciałem w to wierzyć. – odparł arystokrata. Poczuł jak dłoń Hermiony zaciska się na jego lewym ramieniu.
- Daję ci ostatnią szansę Draco. Dołącz do mnie. – powiedział Teodor i zrobił kilka kroków w stronę Malfoya.
- Przykro mi, ale nie. –
W powietrzu świsnęły zaklęcia. Nott i Draco zaatakowali w tym samym momencie. Hemiona popchnięta przez Dracona uniknęła zaklęcia i wyciągnęła własną różdżkę, jednak nie zdążyła się nią nacieszyć. Po chwili magiczny instrument wyrwał jej się z rąk i trafił prosto w wyciągniętą dłoń Notta. Na jego twarzy widniał obrzydliwy uśmieszek. Spojrzał przelotnie na dziewczynę po czym  jedną ręką blokując zaklęcia Malfoya, odsunął się nieznacznie i wyciągnął z kieszeni niewielką, czarną kulkę. Hermiona zrozumiała co to jest na sekundę przed tym, zanim Teodor zdążył tego użyć. Podrzucił kulę do góry, zaklęcie Dracona odbiło się od niej po czym nastąpiła eksplozja, która zwaliła Gryfonkę i Ślizgona z nóg.
Ostatnim co pamiętała było wyrzucone do tyłu ciało Dracona. Sufit zaczął się sypać a ona poczuła na skroni coś lepkiego i ciepłego. Nic nie słyszała, obraz przed oczami zaczął jej się rozmazywać i tylko czyjeś ciepłe dłonie sprawiły że uniosła się ponad zimną i brudną od pyłu posadzkę.
„Draco..” pomyślała resztkami świadomości, po czym odpłynęła w niebyt.

*

Ból rozsadzał mu głowę, nie wiedział gdzie jest i co się właściwie wydarzyło. Ciemność która nagle go pochłonęła była lepka i gęsta niczym smoła. Powieki wydawały się być zbyt ciężkie by mógł je otworzyć. Próbował zamrugać, jednak kolejna fala bólu opanowała jego ciało. Co się wydarzyło? Mimo cierpienia zmusił swój obolały mózg do pracy. Coś bardzo ważnego chciało dać o sobie znać.
Coś bardzo ważnego… coś..ktoś…
Hermiona!
Jego oddech przyśpieszył a ciemność rozjaśniło światło pochodni. Otworzył oczy i przez dobrą chwilę próbował rozeznać się w sytuacji. Otaczały go rzędy białych, metalowych łóżek, był w Skrzydle Szpitalnym. Z wielkim trudem uniósł się na lewym ramieniu i dostrzegł śpiącą w jego nogach Pansy Parkinson.
- Pansy.. – wychrypiał.
Dziewczyna drgnęła. Zamrugała kilka razy i gdy dotarło do niej że jej przyjaciel się obudził zerwała się na równe nogi.
- Draco, na Merlina jak dobrze że się obudziłeś. – powiedziała roztrzęsiona.  Draco nigdy wcześniej jej taką nie widział. Zmarszczył brwi i wziął głębszy wdech.
- Blaise dopiero co wyszedł. Zaraz wyślę po niego patronusa. Bardzo cię boli? Zaczekaj, zaraz pójdę po panią Pomfrey. – dziewczyna paplała jak najęta. Już miała odejść gdy nagle Draco chwycił ją za nadgarstek.
- Gdzie... gdzie jest Hermiona? Co się stało? – zapytał umęczonym głosem. Pansy spuściła wzrok. Niechętnie usiadła na krzesełku obok łóżka i spojrzała swojemu przyjacielowi w twarz.
- Wczoraj w nocy Nott wraz z rodzeństwem Carrow, starym Goylem i Rudolfem Lestrangem zaatakowali Hogwart. Carrowowie, Goyle i Lestrange użyli bomb nieznanego pochodzenia, ponoć to mieszanka magicznych i mugolskich materiałów wybuchowych…  - zaczęła spokojnie Pansy. – Notta z nimi nie było. Podczas walki nauczyciele mieli wrażenie że Śmierciożercy wcale nie chcą wejść do zamku, krążyli tylko wokoło i co rusz zrzucali bomby. Nagle w szkole nastąpił wybuch. Śmierciożercy się wycofali a nauczyciele popędzili na trzecie piętro, gdy tylko upewnili się że tamtych już nie ma. Gdy zjawili się na miejscu leżałeś pod gruzami, nie byłeś w najgorszym stanie, ale McGonagall kazała przenieść cię tutaj. – Pansy na chwilę przerwała i wzięła głęboki wdech. – Dyrektor wiedziała że byłeś razem z Hermioną ale nigdzie nie mogli jej znaleźć. Podczas odgruzowywania trzeciego piętra dostrzegli że przejście w garbie Jednookiej Wiedźmy jest odsunięte. Poszli nim aż do Miodowego Królestwa ale właściciele mówili że nikogo nie słyszeli. – przerwała na chwilę.
- Skąd wiedzą że to Nott? – zapytał Draco.
- Cóż… - Pansy sięgnęła do kieszeni w swojej spódniczce i wyjęła z niej małą karteczkę. – W posągu nikogo nie znaleźli, oprócz tego. – podała kartkę Draconowi który wziął do ręki kawałek papieru. Na samym wierzchu widniał napis „Do Dracona”. Chłopak otworzył liścik lekko drżącymi palcami i przejechał wzrokiem po krótkim zdaniu.
„Teraz jest moja.” – Nott
Arystokrata przez chwilę wpatrywał się w treść notatki, po czym ścisnął ją w dłoni i wyrzucił na podłogę.
- Gdzie jest moja różdżka? – zapytał hardo i ku przerażeniu Pansy próbował wstać z łóżka.

*

Kolejne dni okazały się być piekłem nie tylko dla niego,ale i dla reszty szkoły. Przerażeni rodzice co chwilę przychodzili do Minervy McGonagall sprawdzić czy ich dzieciom na pewno nic się nie stało. Prorok Codzienny rozpisywał się o ataku i na każdym kroku szukał winnych owego incydentu. Reporterzy koczowali pod bramami Hogwartu i jedynie na widok szarżującego w ich stronę Hagrida, postanowili udać się do pobliskiego Hogsmeade.
Harry, Ron i Ginny na wieść o porwaniu Hermiony niczym w amoku próbowali rzucić się jej na ratunek, i nawet trzeźwo myślący nauczyciele nie byli w stanie ich od tego odwieść. Jednak brak jakichkolwiek informacji gdzie ich przyjaciółka może przebywać, sprawił że zostali w szkole. Ginny każdego dnia wypłakiwała się na ramieniu Harryego, a Ron wściekły i czerwony po same uszy chodził po szkole z zaciśniętymi pięściami.
- Macie wszyscy udać się do wieży Gryffindoru i wypić eliksir uspokajający. – zarządziła dyrektor trzeciego dnia po ataku, gdy Ron wdał się w bójkę z jakimś szóstoroczniakiem podczas śniadania.
Bezsilność rozdzierała ich wszystkich, jednak nikt nie mógł równać się z cierpieniem Dracona.
Na drugi dzień odwiedziła go matka. Przerażona i roztrzęsiona przytulała go ostrożnie ciesząc się że nic mu się nie stało. Zaraz za nią do Skrzydła Szpitalnego weszła Astoria. Lekko zmieszana usiadła obok jego łóżka i położyła na nocnym stoliku kosz owoców. Miał wrażenie że zaraz zwariuje. Gdy Narcyza zręcznie przeskoczyła z tematu napadu na temat ich ślubu, kazał im wyjść. Nie mógł znieść jej ignorancji i braku jakiejkolwiek empatii dla Hermiony. Nie chciał jej słuchać, ani patrzeć na Greengrass.
Po czterech dniach mógł opuścić szpital i gdy znów znalazł się w pokoju wspólnym Prefektów Naczelnych, nagle poczuł cały żal, ból i smutek, jaki w sobie nosił od chwili wybudzenia. Salon był cichy i pusty. Gdziekolwiek by nie usiadł czuł jej zapach. Słodki, waniliowo truskawkowy aromat, który tak uwielbiała. Nagle poczuł że więcej nie wytrzyma. Wbiegł do łazienki, podniósł deskę od klozetu i zaczął wymiotować. Nie miał pojęcia gdzie jest i co się teraz z nią dzieje. Czy cierpi? Czy Nott zadaje jej ból? Może robi coś jeszcze bardziej ohydnego, lub mąci jej w głowie zaklęciami i gdy znów ją zobaczy ona nie będzie już sobą? Trzeciego dnia odwiedziła go babcia Hermiony. Gdy ją zobaczył poczuł wstyd. Nie potrafił obronić jej wnuczki, nie zasługiwał na nią, a ta biedna staruszka próbowała go jeszcze pocieszać. Objęła go niczym własnego wnuka i głaskała po głowie do momentu w którym nie przestał płakać.
Draco wstał z podłogi, przemył usta i twarz i odwrócił się gdy usłyszał długie, pełne wyrzutu miałknięcie. Krzywołap stał w przejściu i patrzył na Ślizgona wielkimi, złotymi oczami. Jakby chciał zapytać „gdzie jest moja pani?”.
- Obiecuję że ją odnajdę. – powiedział Draco do kota i podszedł do niego w kilku krokach. Kucnął, pogłaskał jego miękkie, rude futro i poczuł że znów ogarnia go przejmujący ból.  Nie wiedział jak długo siedział w tej pozycji, aż nagle usłyszał pukanie. Niechętnie wstał i otworzył ramy obrazu.
Na korytarzu stała Astoria. Jej oczy były smutne i sama całą swoją postawą przypominała człowieka zrezygnowanego.
- Cześć. – powiedziała cicho. – Czy moglibyśmy porozmawiać? –
Draco w pierwszym odruchu chciał odmówić dziewczynie, jednak to jak smutno wyglądała sprawiło że poczuł się nieswojo. Odsunął się od przejścia i wpuścił Astorię do środka.
- Napijesz się czegoś? – zapytał gdy dziewczyna usiadła na kanapie.
- Soku z dyni, jeśli można – odparła.
Arystokrata nalał dwie szklanki soku  i postawił je na stoliku. Usiadł w  fotelu i poczuł się zmęczony.
- O czym chciałaś porozmawiać? –
-  Chciałam cię przeprosić. – zaczęła niepewnie. – Twoja mama poprosiła mnie bym przyszła z nią cię odwiedzić w Skrzydle Szpitalnym. Nie mogłam jej odmówić… Na pewno byłeś zmęczony, a moja obecność pewnie cię tylko zdenerwowała. –
Draco przyjrzał się młodej Ślizgonce. Siedziała wyprostowana, jednak coś w jej postawie mówiło mu że jest spięta. Jej długie, ciemne włosy opadały kaskadami na ramiona. Policzki miała w kolorze bladego różu, a wzrok utkwiła w szklance z sokiem.
- Nie zdenerwowałaś mnie, to matka i … nieważne.. – westchnął. – Nie mam do ciebie pretensji. –
Astoria ożywiła się na te słowa i spojrzała na niego swoimi dużymi oczami.
- Może.. może miałbyś ochotę przejść się po błoniach? – zapytała nieśmiało. – Od kilku dni nie wychodzisz z zamku, dzisiaj jest taka piękna pogoda. – dodała przyjaźnie.
Draco rozważył za i przeciw. Nie chciał by Astoria źle go zrozumiała, jednak miał już dosyć otaczających go murów. Blaise, Pansy oraz Gryfoni starali się nad nim nie wisieć, więc przez większość czasu był skazany na samego siebie i swoje czarne, posępne myśli.
Wziął duży łyk soku z dyni i gdy odłożył szklankę odparł.
- To nie jest taki zły pomysł. Spacer dobrze mi zrobi.  – dodał i wstał z fotela.
Astoria uśmiechnęła się nieznacznie a jej oczy rozbłysły. Jednak gdy oboje zmierzali do wyjścia z pokoju Dracona zaczęły dochodzić dziwne odgłosy. Ślizgon przeprosił dziewczynę i wszedł do sypialni. Za oknem stała wielka, czarna sowa i biła dziobem o szybę. Draco wpuścił ją do środka, odpiął od jej nóżki liścik i przeczytał jego treść. Stał przez chwilę nieruchomo, jakby nagle wrósł w podłogę. Astoria już miała się odezwać, gdy w tym samym momencie Malfoy ruszył przed siebie niczym huragan. Przeszukał w pośpiechu kieszenie i wymacał różdżkę. Upewnił się że jest tam bezpieczna, po czym zdjął z siebie czarną marynarkę. Został tylko w czarnych spodniach i białej koszuli.  Przeczesał palcami włosy i jeszcze raz przeczytał treść listu.
- Astorio.. – dodał po chwili nie odrywając wzroku od kawałka pergaminu. – Przykro mi, ale nie pójdę teraz na spacer. Muszę coś załatwić. – powiedział i ruszył przed siebie.
Zaskoczona dziewczyna została sama w salonie Prefektów Naczelnych. „Nie dam rady”, pomyślała. Już więcej nie dam rady.. Wzięła się w garść, ruszyła za Draconem i gdy znalazła się dwa metry od niego, zawołała.
- Kocham cię! Kocham cię Draco! –
Jej głos niósł się echem po pustym korytarzu. Chłopak zatrzymał się wpół kroku po czym odwrócił w jej stronę.
- Kocham cię… - powtórzyła Astoria, a po jej policzkach spłynęły łzy. – Wiem jak bardzo beznadziejna jestem.. Tyle razy dałeś mi do zrozumienia że nie mam u ciebie szans, i choć próbowałam, naprawdę się starałam, to nie umiałam o tobie zapomnieć. Kocham cię od pierwszej klasy, ale nigdy nie miałam odwagi ci o tym powiedzieć. Teraz tego żałuję… -
Draco stał wstrząśnięty wyznaniem dziewczyny i nie umiał zrobić choćby kroku. Zawsze myślał że Astoria nic do niego nie czuje. Niczym posłuszna, grzeczna dziewczynka wykonuje polecenia swojego ojca, a jej próby lepszego poznania się wynikają tylko z chęci przypodobania się mu i jego matce. Teraz, gdy stał naprzeciwko niej i widział jej zapłakaną twarz, czuł się jak idiota.
- Gdy ojciec powiedział że to za ciebie mam wyjść naprawdę się ucieszyłam. Byłam taka szczęśliwa.. – kontynuowała. – Jednak ty byłeś nieobecny. Zmęczony wojną i ludzkim gadaniem widziałam jak cierpisz, jak przestajesz być sobą. Jednak… gdy lepiej poznałeś Granger coś się w tobie zmieniło. Od razu to zauważyłam. Nie mogłam w to uwierzyć. Ty, Draco Malfoy, arystokrata czystej krwi magicznej tak dobrze dogadujący się z dziewczyną mugolskiego pochodzenia? I to w dodatku z samą Hermioną Granger… Ale z czasem zauważyłam że dzięki niej znów się uśmiechasz i to inaczej niż kiedyś. Bardziej radośnie, szczerzej. Ojciec nie mógł uwierzyć w twój romans z mugolaczką, ale ja… ja naprawdę się cieszę że to ciebie wybrał. Jesteś dobrym człowiekiem Draco. Cieszę się, że to w tobie się zakochałam. – dodała  a kolejne łzy spłynęły po jej twarzy.
Draco chciał podejść, wyciągnął w jej kierunku rękę, jednak ona lekko pokręciła głową i zrobiła krok w tył.
- Wiem że mnie nie kochasz i nie winię cię za to, ale mam już dosyć uganiania się za tobą. Odpuszczam. – odparła i wzięła głęboki wdech. – Ten list.. – wskazała ruchem głowy na pergamin który Draco trzymał w ręce. – Zakładam że jest od Notta. Wiesz.. jeśli uda ci się ją odzyskać to przekaż jej moje przeprosiny, ale nie będę mogła zagrać w przedstawieniu.  Nie dam rady. – powiedziała i uśmiechnęła się przez łzy. – Powodzenia. - dodała po czym odwróciła się i zniknęła w jednym ze szkolnych korytarzy.
Draco przez chwilę stał wpatrzony w miejsce w którym jeszcze parę sekund temu była Astoria, lecz po chwili wyszeptał cicho „Dziękuję” i ruszył przed siebie. Będąc w korytarzu prowadzącym do drzwi wyjściowych obok Wielkiej Sali, nie zauważył jak woła go Blaise.
- Draco! – wołał mulat lecz na próżno. Dogonił go dopiero przy wyjściu. Trwały zajęcia lecz oni będąc już po egzaminach mieli resztę dni dla siebie. Wokoło nikogo nie było ale mimo to Zabini starał zachowywać się cicho. – Dokąd biegniesz? – zapytał i spojrzał w twarz przyjaciela. Od razu wyczuł że coś się stało.
- Nic. – odparł zdawkowo blondyn. – Muszę coś załatwić. –
- I to „nic” jest takie ważne że biegniesz jak na złamanie karku? – zapytał podejrzliwie Blaise. – Nie oszukasz mnie stary, wiem że coś się dzieje. –
Draco zaczął tracić cierpliwość. Chciał już stąd wyjść i udać się do wskazanego przez Notta miejsca.
- Słuchaj, ja wiem że ostatnie wydarzenia to najgorsze gówno, jakie ci się przytrafiło i razem z Pansy chcieliśmy dać ci przestrzeń, ale chyba pora na to żebyśmy pogadali. – odezwał się mulat. – Draco! – zawołał gdy zauważył że blondyn nawet na niego nie patrzy. – Możesz mi zaufać. – dodał łagodnie.
- Wiem. – odparł arystokrata i po chwili wahania podał Blaiseowi pergamin. – Dostałem to przed chwilą. –
Zabini przeczytał na głos treść notatki.
- Mallwyd, Snowdonia National Park, SY91, Gwynedd. – spojrzał zaskoczony na Dracona i dodał. – To pismo Teodora! –
- Tak. – przyznał mu blondyn. – Pewnie tam się ukrywa i pewnie tam trzyma Hermionę. – dodał z wściekłością.
- I co? Zamierzałeś iść sam? –
- A mam jakiś wybór? –
- Masz nas Draco! – wskazał na siebie Zabini. – Mnie, Pansy.. –
 - Nie będę was narażał. – syknął Malfoy. – Z resztą, to was nie dotyczy. – odparł i ruszył przed siebie.
- Gdzie idziesz? – zawołał za nim Blaise.
- Aby móc się teleportować muszę wyjść poza bramy Hogwartu. – rzucił przez ramię Draco i przyśpieszył kroku rzucając na siebie zaklęcie kameleona.
~
Ku jego zdumieniu brama nie stawiała żadnych oporów. Otworzył ją bez najmniejszego problemu i postanowił odejść od głównego wejścia paręset metrów, tak by nikt nie mógł go zobaczyć. Zanim jednak dotarł na miejsce patronus olbrzymiego jelenia zagrodził mu drogę i przemówił głosem Harryego Pottera.
- Stój tam gdzie stoisz! –
Zaskoczony Draco stanął jak wryty lecz po chwili zaczął przeklinać pod nosem. Przeklęty Blaise! Mógł się tego domyślić. Ten facet nigdy nie odpuszczał, a z całą pewnością nigdy go nie słuchał. Po kilkunastu minutach sterczenia na środku drogi, gdy już miał zacząć teleportację, zauważył że w jego kierunku zbliżają się pary kilku stóp. Zmarszczył brwi jednak szybko zrozumiał co się dzieje gdy nagle peleryna niewidka opadła, a spod niej wyłoniła się cała armia czarodziejów. Obok Blaisea i Pansy stał również Harry Potter, Ron i Ginny Weasley, Neville Longbottom oraz Luna Lovegood. Arystokrata westchnął zrezygnowany i zwrócił się do Blaisea.
- Czy naprawdę musiałeś.. –
- Musiałem! – odwrzasnął mu chłopak. – Jesteś skończonym kretynem skoro chciałeś w pojedynkę udać się do dziupli Notta. On nie jest sam! A nawet jeśli jest, to mylisz się Draco. To dotyczy nie tylko ciebie, ale i nas. Hermiona to nasza przyjaciółka, wszyscy chcemy jej pomóc. I tobie też.. Więc jak będzie? – zapytał Blaise i zrobił stanowczą minę.
- W porządku. – odparł po chwili Draco i poczuł jak rozpiera go dziwne, nieznane mu wcześniej  uczucie. – Ale nie wiem jak się tam dostaniemy. Teleportacja łączna przy tak dużej grupie odpada. Nie mamy mioteł ani innych środków transportu… -
- A latanie? – zauważyła przytomnie Luna.
- Latanie? – zdziwił się Ron.
- W tym roku wszyscy zdawaliśmy egzamin z nauki latania. Nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale można to robić także w dużej grupie.  –
- Ale jak? – zapytał Harry przypominając sobie jak kiedyś dzięki magii latał Voldemort i Aurorzy, a w tym roku nawet on sam, ale zawsze w pojedynkę.
- Wszyscy musimy złapać się za ręce w ciasnym kole. Oczywiście wcześniej każdy z nas musi rzucić na siebie zaklęcie. Jedna osoba ma prowadzić całą grupę. Uważam, że to powinieneś być ty Draco. – blondynka wskazała na stojącego obok Ślizgona.
- T-tak, jasne. – odparł niepewnie blondyn. Cały ten pomysł wydawał mu się coraz bardziej niebezpieczny.
- Skąd ty to wszystko wiesz? – zdumiał się Ron.
- Przeczytałam w podręczniku. – odpowiedziała Luna i uśmiechnęła się do swojego chłopaka.
- Oczywiście, podręcznik. – zaśmiał się rudzielec.
- Zapachniało Hermioną, co? – zawtórowała mu Ginny i po chwili posmutniała. – Lećmy już. –
Zebrali się w ciasnym kole. Najpierw każde z osobna rzuciło na siebie zaklęcie po czym powoli podali sobie dłonie.
- Zaczekajcie!
Wszyscy natychmiast odwrócili się w stronę z którego dochodziło wołanie. Astoria Greengrass jednym ruchem różdżki pozbyła się zaklęcia kameleona które czyniło ją niewidzialną i stanęła naprzeciwko grupy trzymając się pod boki.
- Lecę z wami. – wydyszała i wzięła głębszy wdech.
- Nie ma mowy. – odparł Blaise. – Jeżeli coś ci się stanie twoja siostra zrobi z nas mielone. Nie wspominając o ojcu. Wracaj do zamku. –
- Ale, ale ja chcę wam pomóc! –
Nikt nie wiedział co zrobić. Czas uciekał a  wkrótce ktoś z pewnością zauważy ich nieobecność.  W końcu Draco wyłamał się z kręgu i podszedł do Astorii. Zawahał się przez chwilę, po czym ujął jej rękę i wsadził w dłoń kawałek pergaminu.
- Idź do zamku i daj to McGonagall. To list od Notta, tak jak przypuszczałaś. Niech dyrektor powiadomi Aurorów i poda im ten adres. – powiedział po czym ją puścił i wrócił na swoje miejsce.

- Uważajcie na siebie. – głos Astorii zabrzmiał lekko wśród wiatru który nagle się zerwał. Wszyscy jeszcze raz powtórzyli zaklęcie i mocno chwycili się za ręce. Otoczyła ich gruba warstwa białej, gęstej mgły. Poczuli jak unoszą się nad ziemią i jak w pewnym momencie dzięki prowadzeniu Dracona przyśpieszają z zawrotną prędkością. Zamek Hogwart, Hogsmeade oraz znajdujący się w miasteczku peron... wszystko zostało daleko za nimi. 



poniedziałek, 11 grudnia 2017

Rozdział 12.


Rozdział dwunasty kochani! Koniec zbliża się nieubłaganie. Sądzę że jeszcze maksymalnie dwa, trzy rozdziały plus epilog i koniec. To niesamowite, że wciąż jesteście ze mną. Zapraszam do czytania i komentowania! Wasze komentarze naprawdę dodają mi energii :)

*~~~~~~~*~~~~~~~*
"Są chwile, kiedy chciałbym cofnąć wskazówki zegara i wyzbyć się smutku, mam jednak wrażenie, że gdybym to uczynił, ulotniłaby się cała radość." – Nicholas Sparks, Jesienna Miłość.
*
Otworzyła leniwie powieki by zaraz na powrót je zamknąć. Jasne słońce poranka wypełniło cały pokój więc kilka razy zamrugała, by przyzwyczaić wzrok do światła. Ostatnie tygodnie były dla wszystkich piekłem, jednak wiedziała że nikt nie cierpiał tak bardzo jak ich przyjaciel, Draco. Chciała z nim porozmawiać, wesprzeć, wysłuchać, lecz on znów zaczął budować wokół siebie mur, który z takim trudem udało mu się powalić. Odwróciła się w kierunku śpiącego Blaisea. Gdy spał jego twarz była łagodna i na próżno było szukać na niej oznak zmartwienia. Wyciągnęła dłoń i położyła ją na policzku chłopaka. Tak bardzo by chciała by mogli już zostać w ten sposób na zawsze… Jednak wiedziała że jest to raczej pobożne życzenie, które z każdym dniem staje się coraz bardziej nierealne. Pansy spojrzała na listy gratulacyjne które wczoraj otrzymał Blaise pocztą od znajomych rodziny, w których krewni gratulowali mu zaręczyn z Daphne Greengrass i wtuliła się w silne ramiona mulata. Nie była pewna czy da radę ciągnąć dalej ten stan rzeczy jeśli do ślubu rzeczywiście dojdzie. W jaki sposób miałoby wyglądać jej życie? Czy nie było i tak już zbyt skomplikowane i bolesne z ojcem alkoholikiem, matką w Azkabanie i bratem który ma ją za nic? Jednak wizja opuszczenia Blaisea jak na razie za bardzo ją przerażała. Jeżeli ma być jej do czasu ślubu, niech tak będzie. Przecież w końcu i tak, zawsze wszyscy mówili że jest zachłanna..
*
Wiatr rozwiewał mu włosy i zarzucał peleryną we wszystkie strony. Mecz trwał już dobre pół godziny i zawodnicy obu drużyn zdążyli nabić sporo punktów, jednak nikt nie miał zbyt dużej przewagi. Mecz Krukoni przeciwko Ślizgonom, pierwszy w tym semestrze, zgromadził na trybunach praktycznie całą szkołę. Draco z całych sił próbował skupić się na grze i nie pozwolić by cokolwiek innego zaprzątało mu teraz głowę. Nagle złoty blask znicza przyciągnął jego uwagę, więc rzucił się do ataku w tym samym momencie co szukający Krukonów. Wyciągnął przed siebie rękę i po chwili poczuł jak zaciska palce na złotej piłce. Ryk zadowolenia Ślizgonów ogłuszał. Draco wylądował na murawie i uśmiechnął się półgębkiem do Blaisea. Opuścił stadion jako pierwszy i po schowaniu miotły oraz stroju do gry, udał się z powrotem do zamku. Uwielbiał gdy mury Hogwartu wypełniała cisza i spokój. Zanim reszta uczniów tu dotrze i podniesie się typowy, szkolny gwar, chciał nacieszyć się wszechobecną ciszą.
Wspomniał w myślach tamten wieczór, gdy McGonagall ogłosiła wszystkim w Wielkiej Sali że z Azkabanu uciekli śmierciożercy, w tym jego ojciec. Nie mógł wytrzymać napięcia, więc uciekł nie patrząc przed siebie. Chciał być jak najdalej od tego miejsca, od ludzi którzy znów patrzyliby na niego karcącym, osądzającym wzrokiem. Choć już od wielu tygodni nie miał na ręce Mrocznego Znaku, to instynktownie złapał się za przedramię jakby się bał, że znak samoistnie się odrodzi. Zmierzał ku wieży astronomicznej i gdy wbiegł na jej szczyt i zaczerpnął świeżego, wczesnowiosennego powietrza, usłyszał kroki. Na taras wbiegła zdyszana Hermiona, która zatrzymała się kilka metrów od chłopaka.
- Draco.. – wyszeptała, lecz się nie zbliżyła. Wyprostowała się i zadrżała z zimna.
Milczeli oboje. Widzieli z wieży jak nauczyciele wychodzą z zamku na błonia, by zacząć rzucać zaklęcia ochronne. Bardzo prawdopodobne iż Hogwart wkrótce stanie się celem ataku. Gryfonka podeszła do Ślizgona i stanęła obok niego, wciąż wpatrując się w przestrzeń.
- Wiesz.. – zaczęła. – Zawsze wiedziałam że pokój to stan który nie może trwać zbyt długo, wtedy robi się nudno. – westchnęła. – Nie jesteś winny Draco. – dodała i spojrzała na jego bladą twarz. – Nie jesteś winny. –
- Więc dlaczego czuję się jakbym był? –zapytał nie patrząc na nią.
- Bo obwiniasz siebie za wszystko i wstydzisz się ojca. – odpowiedziała. – Ale to nie twoja wina. Jestem tutaj. – dodała.
Draco spojrzał w jej duże, brązowe oczy w których lśnił blask rzucanych przez nauczycieli zaklęć.
- Jestem tutaj. – powtórzyła i chwyciła go za rękę. Ścisnął ją mocniej i czuł jak jego serce z każdą chwilą coraz bardziej wypełnia spokój.
Tamtego wieczoru obiecał sobie, że zrobi wszystko by jej nie narażać. Miał milion pomysłów na to co zrobi, dokąd pójdzie i z kim się spotka byleby tylko zapewnić jej bezpieczeństwo, jednak ona uparcie sprzeciwiała się wszystkim jego propozycjom.
- Nie Draco! – naciskała Hermiona. – Zostaniesz w szkole i koniec. Jaki widzisz sens spotkania z ojcem w obecnej sytuacji? – denerwowała się gdy Draco kolejny raz zaproponował że pójdzie szukać Lucjusza.
Tak więc został, chociaż najchętniej spotkałby się z całą zgrają i rozwalił ich w drobny mak. Przeszedł pod obrazem i ku jego zaskoczeniu w salonie już ktoś był. Harry, Ron i mocno zdenerwowana Ginny sprzeczali się o coś zawzięcie. Na widok Ślizgona zamilkli i dopiero po chwili Ron pierwszy zabrał głos.
- Kto wygrał? – zapytał Malfoya.
- My. – rzucił Ślizgon.
- Aha.. Cóż, gratuluję, to znaczy że jeśli my pokonamy Puchonów, to nasze drużyny zawalczą między sobą o Puchar. –
- Na to wygląda. – odparł Draco i usiadł w fotelu nalewając sobie drinka.
- A kogo obchodzi Quiddich! – rzucił wściekle Harry, na co Ginny zrobiła wielkie oczy. Jednak nie tylko ją zdziwiły te słowa.
- Nigdy bym nie pomyślała, że usłyszę coś takiego akurat od ciebie. – Hermiona weszła do saloniku i zdjęła płaszcz. Spojrzała na Dracona przelotnie i zmarszczyła brwi na widok szklanki wypełnionej Ognistą. Ostatnio za dużo pił.
- Po prostu nie rozumiem jak można myśleć o Quiddichu, kiedy śmierciożercy są na wolności. – odparł Harry lekko zarumieniony. – Powinniśmy coś robić, działać, a nie siedzieć i czekać! –
- Pierwszy raz w życiu się z tobą zgadzam, Potter. – powiedział Draco biorąc kolejny łyk alkoholu.
-Możecie przestać oboje? – zasyczała Ginny. – Jak to sobie wyobrażasz Harry? Że będziesz biegał po lasach i opuszczonych domach w poszukiwaniu śmierciożerców? Nie wiesz gdzie są, nie wiemy kto ich uwolnił ani jaki mają cel. Ministerstwo już się tym zajęło, więc póki nic więcej nie wiadomo, to daj sobie spokój. –
Harry niechętnie zrezygnował z odszczekania się i wygłoszenia kolejnej tyrady, jednak musiał przyznać Ginny rację.
- Wiem, ale mimo to nie mogę wytrzymać siedząc tutaj i czekając na ich ruch.. – odparł i podrapał się po rozczochranej głowie. - Idę poćwiczyć na Błyskawicy. – rzucił i dał Ginny szybkiego buziaka, w jego głosie wciąż słychać było złość. - Ron, dołączysz się? –
- Jasne. – odparł Weasley z ulgą i już po chwili obaj zniknęli za ramami obrazu.
Draco wstał, odłożył szklankę na barek i bez słowa zniknął za drzwiami swojego pokoju. Ginny z głośnym westchnięciem zajęła po nim miejsce w fotelu.
- Nie mogę tego wytrzymać. – odezwała się Hermiona. – Jest taki pasywny… zamyka się w sobie a ja nie wiem jak mu pomóc. – powiedziała wpatrując się w drzwi za którymi zniknął blondyn.
Ginny wyciągnęła z kieszeni różdżkę i wyczarowała czajnik oraz dwie filiżanki. Gdy już nalała i podała Hermionie herbatę, zabrała głos.
- Ten typ tak ma, Miona. Nie próbuj na niego naciskać, to nie pomoże. W jego sytuacji nic dziwnego, że jest małomówny. Z resztą on chyba zawsze tak radził sobie z problemami, prawda? Wiecznie sam. –
- Wcale nie musi tak być.. – szepnęła kasztanowłosa i utkwiła wzrok w brązowym płynie.
Nagle do salonu wpadł mały, srebrny zając, który po obskoczeniu wszystkich kątów zatrzymał się w końcu przed zaskoczoną Ginny.
- Patronus Luny.. – wyszeptała ruda i zerwała się z miejsca. – Na brodę Merlina, całkowicie zapomniałam! Wybacz Hermiono, ale muszę już iść, dzisiaj zaczynamy szyć suknię ślubną Julii, obiecałam Lunie i Hannie że im pomogę. – Ginny uścisnęła przyjaciółkę na pożegnanie i życząc siły wybiegła z dormitorium.
Hermiona westchnęła i odłożyła filiżankę na stolik. Czuła się nieswojo w pustym salonie i cichym, milczącym Malfoyem za drzwiami. Postanowiła jednak wziąć się w garść i nie dać się ogólnie panującej, posępnej atmosferze. Wstała, pozbyła się zaklęciem zastawy i zapukała do drzwi arystokraty. Gdy usłyszała ciche „wejdź”, przekroczyła próg i zamknęła za sobą drzwi. Stał twarzą do okna, więc podeszła bliżej i objęła go ramionami. Gdy tylko poczuła znajome ciepło ciała i ulubione perfumy od razu poczuła się pewniej. Draco nie odwrócił się ale podał jej list który trzymał w ręce. Kartka była pomięta, jakby chłopak próbował go podrzeć, lecz zrezygnował z tego pomysłu.
- Dostałem to kilka minut temu. – powiedział zimnym, suchym tonem.
Hermiona oderwała się od jego pleców i zaczęła czytać list.
Kochany Draconie.
Z uwagi na to co wydarzyło się kilka tygodni temu, ja oraz pan Greengrass ustaliliśmy, iż twoje małżeństwo z Astorią powinno odbyć się wcześniej. Już rozpoczęłam pewne przygotowania, więc uroczystość będzie mogła odbyć się miesiąc po zaślubinach Blaisea Zabiniego i Daphne Greengrass. Uważam że to mądra decyzja, dzięki temu ludzie nie będą łączyć cię z występkiem ojca a rodzina Greengrass już zadba o to, byś nie odczuł głupoty Lucjusza. Proszę cię byś zadbał o dobre stosunki ze swoją przyszłą żoną, dla Astorii to z pewnością będzie wielkie wydarzenie.
Twoja kochająca matka, Narcyza.
Hermiona ledwo skończyła czytać, gdy poczuła jak silne ramiona Dracona oplatają ją dookoła.
- Przepraszam.. – wyszeptał.
Gryfonka upuściła list na podłogę i objęła go rękami. A więc to tak, pomyślała. Gdy wydawało jej się że mają dla siebie jeszcze miesiące, a nawet lata, los postanowił szybko sprowadzić ją na ziemię. Głupia, naiwna dziewucho.. westchnęła w duchu i przymknęła powieki by się nie rozpłakać.
Jego dłoń dotknęła jej policzka i delikatnie przeniosła się na szyję. Jego usta dotknęły jej, i poczuła na nich słony smak. Guziki koszuli puszczały jeden po drugim, aż w końcu sama koszula znalazła się obok leżącego na dywanie listu. Pożądanie ogarnęło ich z podwójną siłą. Świadomość iż ich wspólny czas dobiega końca była niczym palący ogień.
- Zawsze będziesz moja. – powiedział Draco gdy pozbył się bluzki dziewczyny.
- Zawsze będziesz mój. – odpowiedziała Hermiona i wpiła się w jego rozgrzane usta.
*
Gdyby miał jakiś wybór nie wybrałby tej zawszonej, śmierdzącej rozkładem dziury na tymczasowy lokal. Jednak życie jakie wiódł od jakiegoś czasu zdążyło już go do tego przyzwyczaić. W kilku oknach brakowało szyb. Sypialnie stały puste lub z zakurzonymi, na wpół zapleśniałymi materacami, a do kuchni wolał nie wchodzić. Mrok nocy rozświetlała mu jedynie mała świeca którą zaczarował tak, by jej blask nie zgasł do rana. Usłyszał dochodzące z dołu pijackie rozmowy i śmiechy. Westchnął na myśl, że rodzeństwo Carrow, Rudolf Lestrange i Goyle senior jedyne o czym myślą po ucieczce z Azkabanu, to chlanie. Czasami żałował że nie uwolnił ojca, ale nie chciał wzbudzać podejrzeń. Z resztą, już wkrótce rozwali cały Azkaban. Obracał w palcach różdżkę i przyglądał się przykutemu do ściany mężczyźnie. Jego długie, prawie białe włosy jaśniały pomarańczowym blaskiem, odbijając światło ognia. Głowa zwisała mu ciężko, od kilku godzin spał lecz już po chwili obudził go czyjś głos.
- Lucjuszu, obudź się proszę. –
Lucjusz Malfoy na dźwięk głosu mężczyzny natychmiast oprzytomniał. Mimo iż był od niego o połowę starszy, czuł lęk przed chłopakiem.
- Wypocząłeś? – zapytał chłopak.
- Ciężko wypocząć gdy jest się skutym łańcuchami. – odparł Lucjusz i szarpnął za metalowe obręcze na swoich nadgarstkach.
- Drogi Lucjuszu, przecież wiesz że w każdej chwili mogę je zdjąć, o ile oczywiście wcześniej zgodzisz się do nas przyłączyć. –
Malfoy senior westchnął i spojrzał na swoje kajdany.
- Więc zostaje mi się do nich przyzwyczaić. – stęknął.
Chłopak wstał z fotela i podszedł do więźnia kucając przed nim na podłodze.
- Nie rozumiem dlaczego jesteś taki uparty, Malfoy. Co takiego się stało że nagle zmieniłeś się nie do poznania? Zawsze cię podziwiałem. Od dziecka. A teraz? – chłopak zacmokał parę razy i wstał.
- Nie sądzę abyś to zrozumiał Nott. – odparł Lucjusz i znów spróbował zasnąć.
*
- Zostań…
Cień wysokiego, szczupłego mężczyzny rozmywał się w coraz bardziej w ogarniającym wszystko mroku.
- Zostań…
Rozpacz zaczęła rozdzierać jej serce i zalewać oczy łzami.
- Nie odchodź!
Próbowała krzyczeć ale głos uwiązł jej w gardle.
- Zostań, błagam….
Mogłaby tak krzyczeć i sto lat, mimo to wiedziała że to nic nie da. Cień bladł coraz bardziej, aż w końcu nic z niego nie zostało. Tylko pustka i przejmujący ból. Próbowała przedzierać się przez niego, niczym przez stertę ostrych cierni które raniły ją aż do kości. Myślała, że zdoła powstrzymać świat przed przeistoczeniem się w potwora i pożarciem jej żywcem, jednak teraz czuła że się myliła. Nie, to nie miało się tak skończyć. Jeżeli tak wygląda koniec, przestanie oddychać…
- Wróć… - błagała. – Draco błagam wróć do mnie!!!! -
Poderwała się na łóżku niczym poparzona. Rozejrzała się dookoła i w bladym blasku poranka dostrzegła jak wystraszony Ślizgon sam też się podnosi.
- Co się stało Hermiono? – zapytał obejmując ją czule.
Przeczesała palcami włosy i dotknęła swojej klatki piersiowej, serce powoli się uspokajało.
- Zły sen. – odparła i przytuliła się do niego mocno. Ślizgon objął ją ciaśniej i obdarzył troskliwym pocałunkiem.
- Dzisiaj jest próba sztuki. – stwierdziła Gryfonka chcąc zapomnieć o koszmarze sprzed chwili.
- Chcesz ją odwołać? – zapytał arystokrata.
- Nie, zakończenie roku zbliża się wielkimi krokami, tak samo jak egzaminy, nie mamy czasu na przerwy. –
-Wiem– odparł chłopak i gdy usłyszał za drzwiami donośne miauczenie, sięgnął po różdżkę leżącą na szafce nocnej i zaklęciem otworzył Krzywołapowi drzwi.
Rudy kocur wszedł do pokoju powolnym krokiem i po chwili zwinął się w kłębek na śnieżnobiałej pościeli Malfoya.
- Gdzieś ty był całą noc? – syknęła Hermiona jednocześnie się uśmiechając.
- Możliwe że tak jak my, był czymś zajęty. - uśmiechnął się łobuzersko Draco na co Hermiona przewróciła oczami. Wciąż nie mogła uwierzyć w domniemany romans Krzywołapa z Panią Norris, kotką szkolnego woźnego. Już miała powiedzieć to głośno gdy nagle rozległo się pukanie do ram obrazu. Oboje wiedzieli że jeśli byłby to którykolwiek z ich przyjaciół, po prostu by wszedł, bo znali hasło, tak samo jak pani dyrektor. Wstali i ubrali się pospiesznie. Hermiona zarzuciła na siebie jedwabny, czarny szlafrok który dostała od Dracona kilka dni temu, a on sam zadowolił się jedynie ciemnozielonymi bokserkami.
- Chyba nie otworzysz drzwi w samych majtkach? – oburzyła się Hermiona.
- A dlaczego nie? – zaśmiał się Draco i podszedł do obrazu. Na korytarzu stała osoba której najmniej się spodziewał.
- Astoria? –
Dziewczyna widząc chłopaka w samej bieliźnie zarumieniła się lekko i spuściła wzrok.
- Dz-dzień dobry.. – wyjąkała. – P-przepraszam że przychodzę z samego rana, ale chciałam pilnie z tobą porozmawiać. Bo wiesz, dostałam list. -
Draco od razu zrozumiał o co chodzi dziewczynie i zmarszczył gniewnie brwi.
- Wybacz, nie mam czasu. – odparł i zamknął jej drzwi przed nosem.
Wściekły odwrócił się od przejścia i zaczął iść do łazienki.
- Kto to był? – zapytała Hermiona.
- Nikt. – odparł blondyn i zatrzasnął się w łazience.
Kasztanowłosa wstała i po chwili wahania postanowiła wyjrzeć na korytarz. Ku jej zdziwieniu przed samym wejściem stała Astoria Greengrass.
- Och, Granger, bo ja… - Astoria widząc Gryfonkę w skąpym stroju zmieszała się jeszcze bardziej. – Dzień dobry. –
- Dzień dobry Astorio. Coś się stało? – zapytała Hermiona próbując ciaśniej zawiązać delikatny, prześwitujący szlafrok.
- Chciałam porozmawiać z Draconem, ale mnie zbył, więc pomyślałam że jeśli tu poczekam, to może uda mi się go przekonać do rozmowy. -
Hermiona spojrzała na zestresowaną Ślizgonkę która w nerwach zaciskała drobne pięści i zrobiło jej się żal dziewczyny. W końcu to tylko siedemnastolatka, która tak jak jej siostra została wmieszana w coś, na co sama pewnie się nie pisała. Gryfonka zaczęła przeklinać w myślach swoją ckliwość.
- Wejdź. – powiedziała i wpuściła do środka zaskoczoną nastolatkę.
Gdy usiadły po przeciwnych stronach stolika do kawy Hermiona wyczarowała dzbanek z herbatą i dwie filiżanki.
- Jadłaś coś? – zapytała.
- Nie, ale.. – Ślizgonka nie zdążyła dokończyć zdania gdy stanął przed nią talerz z pysznie wyglądającymi kanapkami. Próbowała się powstrzymać, lecz nagle jej żołądek zawył niczym wilkołak, więc czym prędzej chwyciła jedną z kanapek i zaczęła jeść. Ukradkiem przyglądała się Hermionie. Gryfonka siedziała wyprostowana i powoli popijała herbatę. Jej długie, kasztanowe włosy opadały kaskadą na satynowy materiał delikatnego szlafroka. Spod materiału Astoria dostrzegła zarys piersi Hermiony i westchnęła. Siedziała naprzeciwko pięknej kobiety, która miała Dracona nie tylko fizycznie, czego mogła się spodziewać, ale także i zawładnęła jego sercem. Nagle zapragnęła wyjść i udawać że nigdy tu nie przyszła. Jednak zanim zdążyła wstać z łazienki wyszedł Draco i stanął z wyrazem szoku na twarzy.
- Co ona tutaj robi? – zwrócił się do Hermiony.
- Ponoć chciała z tobą porozmawiać. Zaprosiłam ją więc do środka na śniadanie. – odpowiedziała spokojnie Hermiona i wstała odkładając filiżankę. Podeszła do Dracona i pocałowała go w policzek niczym żona męża, gdy ten ma przed sobą trudne zadanie. – Bądź dla niej wyrozumiały. – szepnęła. Malfoy westchnął i wziął z oparcia fotela swój czarny płaszcz.
- Zaczekaj na mnie w mojej sypialni. – powiedział do Hermiony i zaczął iść do wyjścia. Zatrzymał się jednak widząc że Astoria stoi w miejscu. – Idziesz? Chciałaś porozmawiać więc chodź, mam ochotę na spacer po błoniach.
~
Mgła powoli opadała, jednak zimno wciąż przeszywało całe jego ciało. W końcu rzucił na siebie zaklęcie rozgrzewające i gdy doszli do brzegu jeziora w końcu się rozluźnił.
- Więc o czym chciałaś ze mną porozmawiać? – zapytał wpatrując się w taflę wody.
Astoria stanęła obok Dracona i tak jak on spojrzała na rozległą wodę, w której leniwie pływała wielka kałamarnica.
- Tak jak mówiłam, dostałam list od ojca, wiem że przyśpieszono datę naszego ślubu. – zaczęła siląc się na odwagę i spokojny ton. – Skoro tak ma być, to może… Pomyślałam że może spędzilibyśmy trochę więcej czasu razem? – dodała i zerknęła na Malfoya.
- Po co? – odparł chłodno.
- Żeby się lepiej poznać… tak myślę. –
- Nie widzę takiej potrzeby. –
Astoria poczuła jak cała pewność siebie ucieka z niej, niczym powietrze z przedziurawionego balonika. Bijący od chłopaka chłód i obojętność skutecznie wytrącały ją z równowagi, jednak tym razem postanowiła tak szybko się nie poddawać. Zrobiła kilka kroków i stanęła naprzeciwko niego. Uśmiechnęła się lekko i jak gdyby nigdy nic odparła.
- Na wczorajszym meczu byłeś niesamowity. Od początku wierzyłam że pierwszy złapiesz znicza. – Gdy zauważyła że Draco przeniósł na nią swój wzrok kontynuowała. – Uważam, że macie duże szanse na pokonanie Gryfonów, byłoby świetnie gdybyś na ostatnim roku zdobył puchar Quiddicha! A co do dzisiejszej próby, boję się że nie dam rady rozpłakać się na zawołanie, a ty? Trochę ćwiczyłam i myślę że jak się postaram to jednak mi się uda. –
- Przestań. – Draco znów spojrzał na taflę jeziora. Jego oczy miały teraz ten sam kolor chłodnej, zimnej stali.
- Jaki jest twój ulubiony kolor? – nie dawała za wygraną Astoria – Mój to brązowy. To taki ciepły i miły kolor. Ale uwielbiam też zielony, cóż to raczej nic dziwnego skoro jestem ze Slytherinu. – zachichotała. – Jako mała dziewczynka uwielbiałam żółty, a teraz go nie znoszę, dziwne prawda? –
Draco odwrócił się bez słowa i zaczął iść w kierunku zamku. Po chwili jednak na drodze stanęła mu Astoria.
- Proszę… - sapnęła. – Nie odchodź. Nie chcę by tak to wyglądało. –
- To czyli co dokładnie? – zapytał marszcząc brwi.
- Ty i ja.. nasz… nasz przyszły związek… -
Malfoy przez chwilę się zawahał, słowa Hermiony by był wyrozumiały brzęczały mu w głowie, jednak to czego przed chwilą był świadkiem uzmysłowiło mu, że inaczej nie dotrze do Astorii, niż brutalną, szczerą prawdą.
- Właśnie tak będzie wyglądał, czy tego chcesz czy nie. – odpowiedział twardo. - Czego się spodziewasz? Że nagle zapragnę poznać cię bliżej i obdarzyć czymś na kształt uczucia? Byłaś w moim dormitorium, moim i Hermiony. Zauważyłaś chyba że nie tylko jesteśmy ze sobą ale i ze sobą sypiamy co oznacza, że to wobec niej mam poważne zamiary. A jeśli kiedykolwiek dojdzie do naszego pożal się Salazarze ślubu, to wciąż nie mam zamiaru zrezygnować z Granger. – przerwał na chwilę, przymknął powieki i wziął głębszy wdech. – Nie jestem w stanie cię zrozumieć. Daphne przynajmniej w jakimś stopniu buntuje się przeciwko temu choremu pomysłowi naszych rodziców. Nie próbuje lepiej poznać Blaisea i tak jak on ma kogoś, kogo nie zostawi nawet gdy wasz ojciec zawlecze ją przed ołtarz…. Co tobą kieruje? Dlaczego tak uparcie się tego trzymasz? – zapytał i spojrzał na jej zarumienioną od emocji twarz.
Astoria milczała, jednak wyglądała jakby chciała powiedzieć coś bardzo istotnego.
- Bo ja… bo ja.. – dukała.
- Bo ty? – zapytał.
Po policzkach dziewczyny spłynęły pojedyncze łzy. Draco poczuł się winny że tak bezceremonialnie na nią naskoczył. Przecież to było oczywiste. Spokojna, wrażliwa panienka z dobrego domu, zawsze słuchająca się ojca który nie znosił sprzeciwu nie mogła tak po prostu zbuntować się i tupnąć nogą. W przeciwieństwie do starszej siostry, która zawsze w jakimś stopniu robiła wszystko po swojemu.
- Wybacz. – Draco wyprostował się i spojrzał na nią łagodniej. – Wiem że to sprawia że jesteś przeze mnie smutna, ale… nic z tego nie będzie. ..Wybacz. – powiedział i ruszył przed siebie zostawiając Astorię w bladym blasku wiosennego słońca.
~
Hermiona leżała w sypialni Ślizgona i jedyne do czego wcześniej się zmusiła to szybki prysznic i umycie zębów. Delikatny materiał szlafroka nie zapewniał jej ciepła więc weszła pod kołdrę i próbowała uciec od nieprzyjemnych myśli. Zauważyła w Astorii to czego tak bardzo nie chciała dostrzec. Jej oddanie nie mogło być podyktowanie jedynie wolą rodziców, tak przynajmniej uważała. Jeżeli się nie myliła sprawy zaczęły przybierać coraz gorszy obrót.
- Przestań o tym myśleć.. – szeptała do siebie. – Nie myśl o tym.. nie myśl o tym. –
Nagle usłyszała jak ktoś otwiera drzwi do sypialni. W progu stanął Draco i nie czekając zaczął zdejmować z siebie kolejne warstwy ubrania. Gdy zmarznięty wszedł pod kołdrę Hermiona zadrżała.
- Jesteś lodowaty. – jęknęła i objęła go ramionami.
- Hermiono... – zaczął powoli blondyn. – Odwołaj dzisiejszą próbę, proszę. –
Gryfonka spojrzała w oczy arystokraty. Skoro prosił o coś takiego, znaczyć to mogło tylko tyle, iż rozmowa z Astorią nie przebiegła dla dziewczyny zbyt pomyślnie.
- Dobrze. – zgodziła się Hermiona i sięgnęła po różdżkę by wysłać wszystkim patronusy z informacją o przesunięciu próby na następny tydzień. Już po chwili kilkanaście srebrnych wydr wyleciało przez zamknięte drzwi sypialni.
Draco wtulił twarz w dekolt Hermiony i objął ją ciasno.
- Jestem samolubny. – odezwał się cicho.
- Ja też. – odparła kasztanowłosa i przeczesała palcami jasne włosy chłopaka. – Ja też… -
*
„Spotkajmy się jutro wieczorem w Hogsmeade, we Wrzeszczącej Chacie. Nott.”.
Draco wciąż nie mógł uwierzyć w treść niezwykle krótkiego listu który trzymał w ręce od kilku minut. Od razu poszedł do lochów gdzie znajdowało się dormitorium Ślizgonów i nie siląc się nawet na pukanie wszedł do pokoju Blaisea. Dziękował w duchu że chłopak śpi sam i nie natknął się przypadkiem na półnagą Pansy. Nie zwlekając zaczął budzić przyjaciela w niezbyt delikatny sposób.
-Blaise, Blaise obudź się! –
Zabini mruknął coś niezrozumiałego i przewrócił się na drugi bok.
- Blaise nie wiem czy wiesz, ale za pół godziny zaczynają się zajęcia. –
Draco odczekał chwilę i już po minucie widział jak jego przyjaciel zrywa się z łóżka i pędzi pod prysznic.
- Dlaczego nikt mnie nie obudził?! – wrzeszczał. – Gdzie jest Pansy? –
- Pewnie na śniadaniu, a co? –
- Ta mała wiedźma.. najpierw męczy mnie pół nocy a później nawet nie pomyśli by nastawić mi magiczny zegar..-
Draco zaśmiał się pod nosem i usiadł w jednym z wygodnych foteli. Blaise wysuszony i ubrany w szkolny mundurek wyszedł z łazienki i za pomocą zaklęcia pościelił łóżko.
- Jeśli się pośpieszymy zdążymy jeszcze zjeść śniadanie. – mruknął poprawiając krawat.
- Zjeść możemy tutaj. – odparł Draco i po chwili wyczarował całą tacę kanapek i filiżanki z kawą. – Dzisiaj rano dostałem ten list, a raczej notatkę. – powiedział i podał mulatowi kawałek pergaminu.
Oczy Blaisea zrobiły się ogromne niczym dwa galeony. Co chwilę spoglądał to na Dracona, to na list.
- T- Teodor.. – wyszeptał. – Nie wierzę.. –
- Też nie mogłem w to uwierzyć, ale to jego pismo. – odparł blondyn i wstał z fotela. – Nie miałem z nim kontaktu od zakończenia wojny. Wysłałem tonę listów do jego rezydencji lecz jego matka odpisała, że po aresztowaniu ojca Teodor zniknął… Więc dlaczego tak nagle się odezwał? –
- I dlaczego Hogsmeade? – zmarszczył brwi Blaise.
- Może wstydzi pokazać się w Hogwarcie. – wzruszył ramionami Draco. – Ojciec w Azkabanie, on sam rzucił szkołę… - dodał.
- Zamierzasz się z nim spotkać? – zapytał Zabini.
- Raczej tak. –
- Ale jak zamierzasz wyjść? Szkoła jest obstawiona nauczycielami i zaklęciami. Nie przeciśniesz się. –
- Przejściem w garbie jednookiej wiedźmy. – odparł arystokrata.
- To pod tym pomnikiem jest tunel? – zdziwił się Blaise. – Nieźle.. –
- Tak, prowadzi do Miodowego Królestwa. Później otworzę drzwi sklepu Alohomorą..W każdym razie mam zamiar się z nim spotkać. – Draco nie krył emocji. List od dawnego przyjaciela całkowicie go zaskoczył. Od miesięcy nie wiedział co się dzieje z Teodorem Nottem i czy w ogóle jeszcze żyje. Jeżeli trafiała się okazja by znów zobaczyć Notta, wiedział że z pewnością jej nie przepuści.
- Pozdrów go ode mnie. – uśmiechnął się Zabini i oddał Draconowi list. – Powiedz mu że za cicho tu bez niego. –
Blondyn kiwnął potwierdzająco głową i schował pergamin do kieszeni. Już od dawna nie czuł takiego podekscytowania.
*
Przejście pod pomnikiem okazało się ciaśniejsze niż to sobie wyobrażał. Zgarbiony, z wyciągniętą przed siebie różdżką której koniec jarzył się bladym blaskiem szedł już dobre dwadzieścia minut. Zarzucił na siebie pelerynę niewidkę o którą wcześniej poprosił Pottera. Niechętnie, ale musiał przyznać iż cecha niezadawania pytań przez Gryfona jest mu bardzo na rękę i chociażby za to nie mógł żywić do niego uprzedzeń. Wciąż miał w głowie słowa Hermiony która gdy dowiedziała się o potajemnym, nocnym spotkaniu nastroszyła się niczym rozjuszony Krzywołap. Dzisiejszego wieczoru pokłócili się po raz pierwszy.
- I co, tak nagle, bez żadnego powodu napisał ci byście spotkali się w nocy w Hogsmeade? – Gryfonka marszczyła gniewnie brwi trzymając się pod boki i wierciła Draconowi dziurę w brzuchu.
- To, czy bez powodu dowiem się gdy już się z nim spotkam. – odparł rozzłoszczony arystokrata. Pierwszy raz w życiu musiał się przed kimś tłumaczyć i zaczynał żałować że w ogóle wspomniał o tym Gryfonce. Jednak nie chciał ukrywać przed nią tego faktu i czegokolwiek przed nią zatajać.
- Dlaczego nie przyjdzie do szkoły? – drążyła uparcie Hermiona. – Moglibyśmy poprosić McGonagall by pozwoliła mu na wieczorne odwiedziny, jestem pewna że zgodziłaby się na to. –
- Widocznie woli spotkać się poza szkołą. –
- Phi! – prychnęła Gryfonka. – A co jeśli to pułapka? –
- Co masz przez to na myśli? – Draco poczuł jak ogarnia go gniew.
- Zastanów się, znika zaraz po wojnie, nie odzywa się do własnej matki, do ciebie. Odcina się od wszystkich, rzuca szkołę… A teraz nagle chce byś spotkał się z nim w Hogsmeade.. nie uważasz że to dziwne? – zapytała spokojnie szatynka.
- Nie. – odparł szybko Draco próbując tym samym zagłuszyć rodzące się w nim wątpliwości.
Hermiona zmrużyła gniewnie oczy.
- A co jeśli coś łączy go z tą ucieczką z Azkabanu? – zapytała.
- Nawet tak nie myśl. – warknął Draco.
- Dlaczego? – zdziwiła się Gryfonka podnosząc ton. – Bo co, bo to twój przyjaciel więc to niemożliwe? To Ślizgon i w dodatku syn śmierciożercy! –
Żałowała że to powiedziała sekundę po tym , jak słowa opuściły jej wargi.
- Tak samo jak i ja. – odparł lodowatym tonem Draco i ruszył w kierunku wyjścia.
- Przepraszam Draco! Nie to miałam na myśli! – zawołała rozpaczliwym tonem.
- Nie? A co? – warknął blondyn odwracając się w jej stronę. – Co miałaś na myśli? –
- Ja… ja po prostu już tak o tobie nie myślę… Dla mnie jesteś po prostu Draconem.. Nie Ślizgonem, ani nie byłym śmierciożercą.. – powiedziała patrząc mu prosto w oczy.
- Ale zawsze nim będę. – odparł Malfoy i przeszedł pod obrazem zostawiając Hermionę samą.
Gdy tak szedł tunelem przypominając sobie ich kłótnię gdzieś w głębi duszy ucieszył się, że Gryfonka widzi w nim zwykłego chłopaka, wolnego od demonów przeszłości. Jednak on sam wciąż do końca nie potrafił spojrzeć na samego siebie w ten sposób. Przemyślenia przerwał mu ostry ból w czaszce, gdy zarył głową o coś, co było najprawdopodobniej przejściem w Miodowym Królestwie. Przeklinając cicho pod nosem odsunął kamienną płytę i niczym kot wkradł się do piwnicy najpopularniejszego sklepu ze słodyczami. Po kolei otwierał zaklęciami kolejne drzwi nie wydając przy tym żadnych dźwięków i odetchnął z ulgą gdy znalazł się na pogrążonej w mroku ulicy miasteczka Hogsmeade. Do Wrzeszczącej Chaty dotarł w kilka minut i dopiero gdy wszedł do środka zdjął z siebie pelerynę niewidkę. Dom który od zawsze stał pusty i przed laty służył jako schronienie dla jednego z uczniów Hogwartu, a dokładnie dla Remusa Lupina który raz w miesiącu zmieniał się w wilkołaka, wydawał się być jeszcze bardziej zaniedbany i obskurny niż zwykle. Tapety całymi płatami złaziły ze ścian, po kątach walały się połamane szczątki mebli a wszystko pokrywała gruba, kilkuletnia warstwa kurzu. Jednak Draco nie mógł zbyt długo przyglądać się temu zapuszczonemu miejscu gdyż usłyszał za sobą głos którego nie mógł zapomnieć i od razu się odwrócił.
- Cześć, fajnie że przyszedłeś. –
Teodor Nott, którego ciemnobrązowe włosy w cieniu przybrały odcień czerni , wszedł w blask księżyca dzięki czemu Draco mógł lepiej przyjrzeć się jego bladej, szczupłej twarzy. Ubrany w czarne spodnie i tak samo ciemny golf, trzymał w ręku różdżkę i powoli zmierzał ku Malfoyowi.
- Nie mógłbym inaczej. – odparł Draco i po chwili podszedł do przyjaciela szybkim krokiem by serdecznie go uścisnąć i poklepać po plecach.
- Smoku.. – zaśmiał się Teodor. – Dobrze cię widzieć. –
- Ciebie również. – odparł Draco i uśmiechnął się serdecznie. – Pozdrowienia od Blaisea. –
- Stary, dobry Diabeł o mnie nie zapomniał? –
- Skąd! Kazał ci przekazać że każdy dzień bez ciebie jest dla niego niczym tortura. –
Oboje wybuchnęli śmiechem i znów zaczęli się wzajemnie poklepywać. Gdy emocje nieco opadły Teodor wziął dwa, stare krzesła i przetransmutował je zaklęciem w duże fotele, po czym rozpalił na środku salonu nieparzący ogień, imitujący prawdziwy płomień jednak wytwarzający przyjemne ciepło.
- Opowiadaj co u ciebie. – zaczął Draco i spojrzał na swojego przyjaciela który rozsiadł się wygodnie. – Gdzie byłeś przez ten cały czas? –
- Tu i tam. –odparł Nott. – Włóczyłem się po kraju. – blady uśmiech zamajaczył w kącikach jego ust, lecz oczy pozostały nieruchome. – Lepiej mów co w Hogwarcie. Jak się żyje pod rządami starej McGonagall? –
Draco przeczesał włosy dłonią i wyprostował się w fotelu.
- Nieźle. – przyznał. – Myślałem że będzie gorzej. Co prawda nie jestem już kapitanem Ślizgonów, ale.. –
- Nie jesteś kapitanem?! – przerwał mu zaskoczony Nott.
Draco pokręcił głową lecz na jego twarzy nie było widać żalu.
- Został nim Blaise, ja razem z Granger jesteśmy Prefektami Naczelnymi. – dodał i przez chwilę się zawahał. Nie wiedział czy może tak od razu powiedzieć o swoim związku z Gryfonką. Teodor co prawda był wyrozumiały i zawsze stawał po stronie Dracona, jednak teraz, po tym wszystkim co się wydarzyło Malfoy nie był pewny czy jego przyjaciel będzie w stanie to zrozumieć i zaakceptować. – Nie myśl że mam pretensje do Baisea! – kontynuował. – Jest świetnym kapitanem i chyba McGonagall wiedziała co robi. W każdym razie Blaise daje nam niezły wycisk. – dodał i uśmiechnął się pod nosem.
Nott wyglądał na zaskoczonego. Przez dłuższą chwilę przyglądał się Draconowi po czym przeniósł wzrok na ognisko.
- Musi być ci ciężko.. – odezwał się po chwili. – Ze szlamą w jednym dormitorium. –
Draco w jednej chwili zesztywniał. Całkowicie zapomniał jaki stosunek do czarodziejów nie magicznego pochodzenia ma Nott. Od miesięcy się z nim nie widział, a sam w międzyczasie przeszedł niewyobrażalną przemianę dzięki uczuciu jakie żywił do Hermiony. Wyprostował się i wziął głęboki wdech.
- Nie nazywaj jej tak proszę. –
- Spokojnie, tutaj Ministerstwo nas nie dopadnie. – rzucił brunet.
- Nie o to mi chodzi, widzisz, bo ja.. –
- Jeśli chodzi o Ministerstwo Draco, to jest pewna sprawa. – przerwał mu Nott jakby wcale go nie słuchał. Wpatrywał się w ogień jak zahipnotyzowany i obracał w palcach różdżkę. – To co się aktualnie dzieje w świecie magii to skandal, nie sądzisz? – zapytał nagle. Draco milczał nie wiedząc o co dokładnie mu chodzi. – Wszędzie szlamy, zdrajcy krwi, mugole… Nasi ojcowie gniją w Azkabanie a oni pławią się w glorii i chwale.. Rzygać mi się chce na samą myśl że spalili ciało Czarnego Pana. – warknął i spojrzał wprost na bladą twarz Malfoya. – Możemy to zmienić Draco. – powiedział po chwili z przejęciem w głosie. – Możemy sprawić że rody czystej krwi znów zajmą należne dla nich miejsce. Co o tym myślisz? – Oczy Notta zabłysnęły w świetle sztucznego ognia. Całe jego ciało napięło się od emocji i oczekiwania.
- Jak sobie to wyobrażasz? – odparł arystokrata.
- Cóż, z pewnością nie będzie to łatwe. Ich jest więcej, ale jestem pewny że z czasem przyłączą się do nas nowi czarodzieje którzy tak jak my, mają dosyć tej plugawej fali szlam. A kiedy będzie już nas wystarczająco dużo, to wtedy znów przejmiemy władzę, ale w przeciwieństwie do Czarnego Pana będziemy musieli działać ostrożnie i nie aż tak radykalnie. Oczywiście do czasu.. – mruknął.
Draco patrzył na twarz swojego przyjaciela na której wykwitł niezdrowy wyraz zadowolenia. Oczy chłopaka były puste, jakby jego umysł znajdował się już bardzo daleko stąd. Draco nigdy wcześniej nie widział u Teodora takiego zachowania ani takiego wyrazu twarzy, jednak wiedział że już gdzieś go widział. Dawno temu. W poprzednim, smutnym życiu. Widział go u ciotki Bellatrix która niczym oddany, zaślepiony żołnierz Voldemorta mordowała i torturowała ludzi ku chwale swojego pana. Blondyn nie mógł pojąć dlaczego Nott tak bardzo się zmienił. Dlaczego zaczął popadać w obłęd w jaki wcześniej popadło wielu śmierciożerców. Czy był to ból przegranej wojny? A może rozłąka z ojcem i samotność oraz izolacja od ludzi? A może jedno i drugie, co powodowało że młody, ambitny chłopak zaczynał tracić samego siebie.
- Teodor, może wróciłbyś do Hogwartu? – zapytał ostrożnie.
Brunet spojrzał na niego zaskoczony i zamrugał jakby dopiero teraz dostrzegł siedzącego obok Dracona. Uśmiechnął się kwaśno i znów spojrzał w ogień.
- Nie ma już tam dla mnie miejsca. Już tam nie pasuję. –
- Nie uważam tak, wręcz przeciwnie. – zaoponował Malfoy. - Jestem pewny że McGonagall przyjęła by cię bez problemu. –
- Daj spokój Draco. Nie mam ochoty znów tam wracać i patrzeć na tych wszystkich ludzi… Powiedz, czy sam nie masz dosyć codziennego oglądania tej szlamy? –
- Prosiłem byś jej tak nie nazywał. – uniósł się lekko Draco.
- O co ci chodzi, przecież przez lata jakoś ci to nie przeszkadzało. – prychnął Nott i kopnął stojący obok połamany taboret.
- Teraz już tak. – Draco czuł że rozmowa zaczyna iść w złym kierunku, jednak to jaki Nott się stał nie przypadło mu do gustu. Jeśli brunet oczekiwał że młody Malfoy podzieli jego zdanie, to się przeliczył.
- To znaczy? –
- To znaczy, Teodor, że ja i Hermiona… jesteśmy razem. –
W brudnym, zakurzonym saloniku zapanowała martwa cisza. Oboje mogli bez problemu usłyszeć wiatr który przeciskał się przez szczeliny i bicie własnych serc, które od emocji przyśpieszyły swój bieg. Twarz Notta, która jeszcze przed chwilą była niczym wyciosana w skale zaczęła się rozluźniać, aż w końcu chłopak zaśmiał się gardłowo i znów leniwie oparł się o fotel.
- A więc to jest twoje nowe hobby? Posuwanie szlam? Doprawdy Draco, tym razem twój fetysz jest obrzydliwy. – zaśmiał się brunet. – Co na to Blaise i Pansy? Pewnie ciosają ci kołki na głowie. –
- Wręcz przeciwnie, są zbyt zajęci sobą by zwracać na mnie uwagę. Ponadto, raczej polubili się z Granger więc nie mają nic przeciwko. – dodał Draco suchym tonem i zmarszczył brwi. W śmiechu przyjaciela wychwycił sztuczny ton.
Nott zamilkł, wstał i z mocno zaciśniętą w ręku różdżką podszedł do blondyna.
- O czym ty mówisz?! – wrzasnął. – Jakie polubili, jaki związek?! –
- Jeżeli usiądziesz i się uspokoisz to chętnie ci o tym opowiem Teodor. – odparł blondyn spokojnie lecz wiedział że to raczej na nic się nie zda. Nott zaczął ciskać się po saloniku niczym obłąkaniec i co chwilę wywrzaskiwał w kierunku arystokraty kolejne zdania.
- Nie wierzę.. Czy oni wam zrobili pranie mózgów?? Zapomnieliście już że to przez Granger, Pottera i całą resztę tej przeklętej bandy Czarny Pan poniósł klęskę przez co my, czarodzieje czystej krwi jesteśmy teraz warci mniej niż jakiś tam mugol?!
- Daj spokój Teodor, nie wiesz co mówisz. –
- Ja nie wiem? Ja nie wiem?! Od roku tułam się po kraju i słyszę co o nas mówią. Większość życzy nam byśmy skończyli jak Czarny Pan. Nikt już nie ma szacunku do tradycji, rodów czystej krwi.. mają nas za nic! Myślą że mogą sobie wycierać nami swoje brudne gęby ale do czasu Draco! Zobaczysz, jeszcze będą nas błagać o litość.
- Teodor.. – zaczął blondyn łagodnie i zrobił krok w kierunku przyjaciela. – Potrzebujesz pomocy, chodź ze mną do Hogwartu. –
- Owszem, potrzebuję pomocy. Potrzebuję byś przyłączył się do mnie Draco… Przyjacielu.. powiedz że znów staniemy ramię w ramię tak jak kiedyś. –
- Przykro mi, ale nie mogę. – westchnął arystokrata.
- Nie.. nie możesz? – zmarszczył brwi Nott w niedowierzaniu.
- Nie mogę. – powtórzył Malfoy.
- Nie możesz bo co? Bo tamci cię przekabacili? Bo wygodnie ci się żyje? Zobaczysz, w końcu cię zgniotą jak robaka, przecież byłeś jednym ze śmierciożerców. Nigdy ci tego nie zapomną! Może teraz pieprzą frazesy o dawaniu drugiej szansy ale przyjdzie czas, że z wielką radością naplują ci w twarz. –
- Możliwe… ale ona nauczyła mnie że zawsze jest jakieś wyjście. – odparł blondyn.
- Ona… Ta Granger.. Jakiś ty naiwny...Może ci się zdaje że jest wyjątkowa, ale dla niej pewnie jesteś nic nie wart. Jak my wszyscy. –
- Przestań. –
- A nie jest tak? Dla nich jesteśmy niczym. Dopóki nie odzyskamy należnego nam miejsca to nic się nie zmieni. –
- Proszę cie żebyś przestał Nott. – warknął Draco.
- Twój ojciec siedział zamknięty w Azkabanie a ty w tym czasie zabawiałeś się ze szlamą! - wrzasnął na całe gardło brunet po czym zamilkł, gdy dłonie arystokraty zacisnęły się na jego czarnym golfie.
- Prosiłem żebyś przestał i nigdy więcej jej tak nie nazywał. –
Przez chwilę zapanowała cisza, jakby oboje chcieli dojrzeć coś w swoich oczach, co pozwoliłoby na zrozumienie siebie nawzajem.
- Szkoda. – odezwał się cicho Nott wpatrując się w twarz Dracona. – Myślałem że znów będziemy mogli stanąć ramię w ramię, niczym za starych dobrych czasów. Ale widzę, że póki ona jest w twojej głowie to nic tego, prawda? –
Draco puścił Teodora, poprawił swoją czarną koszulę i przeczesał palcami jasne włosy.
- Cieszę się że znów mogłem cię zobaczyć. Naprawdę… Ale nie podzielam twoich poglądów. Przykro mi że to nas różni. –
- Cóż, w takim razie nic tu po mnie, Malfoy. – odparł szorstko Nott i odwrócił się na pięcie.
- Mam nadzieję że to nie nasze ostatnie spotkanie. – dodał szybko blondyn.
Brunet zatrzymał się i odwrócił.
- Z pewnością nie ostatnie. – odparł, po czym ruszył przed siebie i już po chwili zniknął w mroku gęstej, bezgwiezdnej nocy.
~
W drodze powrotnej Draco przeklinał się w myślach. Miał sobie za złe, że tak szybko dał się wyprowadzić z równowagi, co zaowocowało spięciem między nim a Nottem. Oprócz wybuchu złości, radość ze spotkania przyćmiła jeszcze jedna, istotna rzecz. Zmiana w przyjacielu była dla Dracona nazbyt widoczna. Ten niegdyś spokojny, opanowany i nie do końca przekonany o słuszności działań Voldemorta chłopak, nagle stał się zagorzałym zwolennikiem jego poglądów. Był nie tylko wściekły na aktualną sytuację rodów czystej krwi, ale pragnął zemsty i to tak samo krwawej jak niegdyś śmierciożercy i ich pan. Draco czuł jak ręka w której trzymał różdżkę lekko drży mu od emocji. Nie takiego spotkania wyczekiwał. Nie takiego Teodora się spodziewał.
Kilkanaście minut później, zdyszany i z mętlikiem w głowie przecisnął się za posągiem jednookiej wiedźmy. Cichym krokiem przemierzał puste korytarze i przystawał za każdym razem gdy mijał go jeden z nauczycieli. Na szczęście peleryna niewidka jak zawsze była niezawodna. Gdy przeszedł pod portretem i zrzucił z siebie pelerynę, opadł ciężko na fotel i przetarł dłonią twarz. Zaklęciem przywołał szklankę i butelkę ulubionego alkoholu. Nalał go sobie do pełna i gdy już miał się napić zatrzymał rękę przed samymi ustami. Spojrzał na bursztynowy płyn i w końcu, po chwili wahania odstawił nietkniętego drinka na stół.
- To i tak nie pomoże. – szepnął do siebie i usłyszał jak Hermiona wychodzi z jego sypialni. Ubrana w delikatny, czarny szlafrok stanęła za fotelem i oparła dłonie na barkach Malfoya.
- Jak było? – zapytała czule i zaczęła rozmasowywać mu zesztywniałe mięśnie.
- Mogło być lepiej. – odparł zgodnie z prawdą arystokrata i położył dłoń na smukłej ręce dziewczyny. Po chwili przyciągnął ją lekko przed siebie tak, że miał teraz jej talię na wysokości swojej twarzy.
- Coś się stało? – zapytała Gryfonka gdy Ślizgon oplótł ją rękami i wtulił twarz w jej ciało.
- Spotkania z przeszłością bywają bolesne. – powiedział cicho.
- Chcesz o tym porozmawiać? – Hermiona przeczesała jasne włosy chłopaka i delikatnie położyła mu dłoń na policzku.
- Jutro. – odparł i chwycił za cienki pasek od jej szlafroka.
Po chwili materiał osunął się z cichym szelestem na podłogę odsłaniając jasną, delikatną skórę szatynki. Obsypując pocałunkami każdy centymetr jej alabastrowego ciała, zapominał o strachu jaki zrodził się w jego sercu, gdy usłyszał jakie plany ma jego przyjaciel z dawnych lat. Jej czuły dotyk i miękki szept przyprawiał go o drżenie. Wstał, chwycił ją pod uda i niosąc na rękach wciąż namiętnie całując, zaprowadził do jak już mogłoby się wydawać, ich wspólnej sypialni.
*
Takiego zawodu nie czuł od dawna. Miał wrażenie że jego przyjaciel który był dla niego niczym brat umarł i już nigdy nie wróci. Cały plan spalił na panewce wraz z chwilą, gdy dostrzegł w jego oczach prawdziwe uczucie do tej dziewczyny, do tej brudnej szlamy Granger. Nie mógł uwierzyć, że to właśnie ona stanie mu na drodze. Przez lata obserwował jak z każdym rokiem robi się coraz bardziej przemądrzała i wścibska. Jak pomaga Potterowi w tej jego żałosnej misji ratowania świata i jak powoli wkrada się w serca i umysły czarodziejów takich jak on. Ojciec zawsze mu powtarzał że szlamy i mugole są niebezpieczni. Wtedy go wyśmiał, nie rozumiał co miał na myśli. Teraz jednak wiedział aż za dobrze o co chodziło jego ojcu.
Wściekły i rozżalony wpadł do brudnej rudery która służyła mu za schronienie i od progu zaczął wrzeszczeć na Rudolfa Lestrange, gdy zobaczył co ten wyprawia.
- Oszalałeś?! – zawył gdy zauważył jak Rudolf upuszcza na podłogę jeden z ciężkich, czarnych pakunków.
- Wypadło mi z ręki. – usprawiedliwił się obojętnym tonem Lestrange i ostrożnie odłożył paczkę na stół.
- Ile razy mam powtarzać, że to nie są fajerwerki ani nic podobnego! Jeżeli nie będziemy ostrożni to zginiemy zanim zdołamy cokolwiek zrobić. – odparł i zdjął z siebie czarny golf, zostając tylko w białej, pomiętej koszuli. – Powiedz Goyleowi i rodzeństwu Carrow żeby zeszli na dół, nastąpiła mała zmiana planów. Chcę to z wami omówić. – rzucił przechodząc obok Lestrangea . Ruszył schodami na górę, do małego, ciemnego pokoiku w którym wciąż do ściany był przykuty Lucjusz Malfoy.
Arystokrata wpatrywał się w młodego chłopaka który krążył od ściany od ściany i wyglądał na silnie wzburzonego. W końcu Nott zatrzymał się i odezwał spokojnym, opanowanym tonem.
- Jak dzisiaj brzmi twoja odpowiedź? Wciąż upierasz się przy swoim czy może zmądrzałeś i będę mógł cię uwolnić z tych łańcuchów? –
Lucjusz westchnął.
- Niestety, sam się sobie dziwię, ale dzisiaj też moja odpowiedź brzmi nie. Nie przyłączę się do ciebie Teodor. –
- Tak myślałem. – odparł Nott i wziął krzesło które stało pod brudnym oknem. Postawił je naprzeciwko Lucjusza i usiadł niedbale zakładając nogę na nogę. Z kieszeni spodni wyciągnął paczkę papierosów, wyciągnął jednego i odpalił go różdżką.
- Nie wiedziałem że palisz. – zdziwił się Lucjusz. – W dodatku mugolskie papierosy. –
Chłopak zaciągnął się mocno i odpowiedział dopiero gdy wypuszczał dym z płuc.
- To jedna z niewielu rzeczy która mugolom wyszła dobrze. Reszta to szlam. – odparł, po czym znów się zaciągnął. – Nie uwierzysz z kim się właśnie widziałem. – dodał po chwili gasząc niedopalonego papierosa o brzeg krzesła. Niedopałek wypalił w nim skwierczącą dziurę. – Z twoim synem. –
- Z Draconem? – Lucjusz nie krył zdziwienia.
- Taak, z Draconem… Ale już sam nie wiem czy to na pewno był on. – dodał szorstko.
- Co masz na myśli? – ożywił się Lucjusz.
- Jest coś o czym musisz wiedzieć i zakładam, że raczej ci się to nie spodoba. – odparł Nott i z trudem ukrył wpełzający mu na twarz wyraz triumfu.