niedziela, 3 września 2017

Rozdział 7.

Witajcie w siódmym rozdziale! Przepraszam wszystkich za tak długą przerwę, ale remont wlókł się w nieskończoność i wciąż ciężko wrócić mi do dawnego rytmu dnia.
Mam nadzieję, że nie porzuciliście opowiadania i gdyby kiedyś coś takiego znów miało się powtórzyć zapraszam na FB, tam zawsze informuję co się u mnie dzieje, i kiedy są nowe rozdziały :) https://www.facebook.com/KawaiiBrunette/ Polecam przeczytać wszystkie rozdziały od początku by znów się wdrążyć w całość. To już półmetek opowiadania, dlatego z całego serca chcę podziękować wszystkim którzy do tego czasu byli ze mną, gdy je tworzyłam. Nowym czytelnikom również dziękuję za to, że wciąż je czytacie. Miłej lektury i "do napisania"!

*~~~~~~~*~~~~~~~*

"Jestem taka szczęśliwa że istniejesz. Ale... tak bardzo bym chciała byś był choć trochę bliżej mnie." - Anonim.

*

Kochana Babciu!

Piszę do ciebie gdyż wiem, że na pewno się zamartwiasz w związku z tym co wczoraj miało miejsce w Australii. Chcę ci powiedzieć, że dzięki pomocy przyjaciół udało mi się dowiedzieć że mama i tata najprawdopodobniej są cali i zdrowi. Ich nazwiska nie pojawiły się na żadnej z list osób zaginionych lub martwych, więc wierzę że są bezpieczni i szczęśliwi.
Proszę byś się nie martwiła, bo gdy tylko skończy się rok szkolny wyruszę na ich poszukiwania, tak jak mówiłam. Mam nadzieję że u babci wszystko dobrze, tutaj pogoda w miarę dopisuje, ale nauki i obowiązków nie brakuje więc nie mam kiedy zbytnio się nią cieszyć. Tak jak już babci wspominałam na zakończenie roku wystawiamy sztukę więc próby, obowiązki Prefekta Naczelnego i zwykłe zajęcia lekcyjne nie pozwalają mi się nudzić. Ale cieszę się że życie w Hogwarcie jest takie intensywne, dzięki temu nie mam czasu na smutki. Ginny przesyła gorące pozdrowienia i całusy, wkrótce znów do babci napiszę więc i ja gorąco babcię ściskam i proszę uważaj na siebie.

                                                                                                                 Kochająca Hermiona.

Szatynka obserwowała jak jedna ze szkolnych sów wzbija się w powietrze i po pewnym czasie znika za horyzontem. Nie chcąc dłużej stać w zimnej i wietrznej sowiarni wróciła do pokoju wspólnego swojego dormitorium. Pierwsza niedziela listopada była wyjątkowo chłodna. Większość uczniów nie wychodziła ze swoich pokoi i wraz z kolegami dostarczała sobie rozrywki w postaci magicznych gier, lub innych atrakcji.
Wiedziała że po wczorajszej akcji wszyscy jej znajomi są wykończeni, w tym pewien blondyn, więc ani nie poszła w odwiedziny do wieży Gryffindoru, ani nie zapukała do drzwi współlokatora. Usiadła przed kominkiem i z zapałem zaczęła ustalać plan organizacyjny Bożonarodzeniowego Balu, który zbliżał się wielkimi krokami. Szóste klasy zobowiązały się pomóc w pracach wykonawczych, jednak plan ułożenia stołów, wystrój i wszystkie pozostałe szczegóły musiała najpierw sama ustalić. Wiedziała że wcale nie musi robić tego w pojedynkę, lecz póki Malfoy spał wzięła się do pracy. Rezultaty pokaże mu później i zapyta o jego własne pomysły.
Śniadanie zjadła w dormitorium, siedząc po turecku przed stolikiem. Gdy Mrużka przyszła z tacą na chwilę zagadnęła skrzatkę pytając jak się czuje i czy dobrze jej w Hogwarcie. Usłyszawszy od Mrużki że jest szczęśliwa i nie może narzekać, uśmiechnęła się do niej szeroko i jeszcze raz podziękowała za posiłek. Pomyślała o Zgredku, którego mogiła znajdowała się nad morzem, koło malowniczego domku Billa i Fleur.
Tak wiele mu zawdzięczała. Chociaż nie była z nim w tak dobrych relacjach jak Harry, czuła do skrzata przywiązanie. Tego dnia, gdy torturowała ją Blellatrix Lestrange, ryzykując i w końcu poświęcając własne życie uratował ich wszystkich. Nagle pióro które szatynka trzymała w ręce zawisło w bezruchu nad pergaminem. Przypomniała sobie jeszcze coś, coś o czym nie wiedzieć czemu zapomniała. Gdy Harry i Ron zostali wtrąceni do lochów a Lestrange wywlokła ją na środek salonu, spojrzała na chłopaka stojącego obok wielkiego kominka z ciemnego drewna. W jej oczach była nienawiść i pogarda, w jego strach i współczucie. W tamtej chwili nie umiała tego pojąć. Jak ten gad mógł jej współczuć? Powinien był się cieszyć, bo oto właśnie znienawidzona przez niego szlama zostanie na jego oczach obdarta z godności. Tak wtedy myślała. Teraz czuła że się myliła.
Nie znała go, ani on nie znał jej. Nie tak jak teraz, nie w ten sposób. Nie mogła uwierzyć jak bardzo od tamtego czasu zmieniły się ich relacje. Próbowała nie myśleć co jej serce stara się za wszelką cenę
zrealizować. On, choćby na chwilę, choćby miała tego żałować, choćby był jej tylko na jeden dzień, jedną noc... Otrząsnęła się z kuszących myśli, odłożyła pióro i poklepała po policzkach. Nie, nie może tak myśleć, inaczej jeszcze w tej chwili wstanie, wejdzie do jego pokoju i powie mu prosto w twarz co do niego czuje, a zapewne skończyłoby to się w najlepszym razie głośnym szyderstwem. Z resztą, wiedziała aż za dobrze, że młody Malfoy to po prostu nie jej liga. Nawet gdyby skusił się na jej propozycję jednodniowej przygody, ona później cierpiałaby katusze latami. Obiecała sobie że przestanie go unikać, i tak nie miałoby to już sensu, jednak nie zamierzała sama sobie dokładać cierpienia. Zaciśnie zęby i skupi się na nauce. Przecież zawsze tak robiła. Bała się jednak że tym razem ta metoda może nie zadziałać, a zaciskanie zębów skończy się ich rychłym połamaniem. Westchnęła głęboko, odrzuciła pióro i położyła się na miękkim, puszystym dywanie. - Jesteś głupia Hermiono. Głupia i zakochana w niewłaściwej osobie. - pomyślała i spojrzała w sufit, lecz zamiast sklepienia pokoju wspólnego dostrzegła nachyloną twarz osoby której tak pragnęła.
- Dzień dobry. - powiedział przyjaźnie.
- Malfoy! - zawołała i natychmiast usiadła wyprostowana. - Wystraszyłeś mnie. - dodała speszona. - Dzień dobry. -
Chłopak uśmiechnął się nieznacznie i zajął miejsce na kanapie po jej lewej stronie. Nachylił się nad stołem i wziął do ręki pergamin.
- To nad tym pracujesz od samego rana? - zapytał wciąż wczytując się w tekst.
- Myślałam że śpisz, przepraszam jeśli cię obudziłam. -
- Nie obudziłaś mnie, gdybym wiedział że wzięłaś się za organizację balu przyszedłbym ci pomóc wcześniej. - powiedział odłożywszy pergamin na stole. - Twoje pomysły są niezłe, ale nie wiem dlaczego za wszelką cenę chcesz sadzać Ślizgonów między Gryfonami. To może rozwalić przyjęcie. - zauważył.
Hermiona przygryzła wargę. Jej zamiar był raczej oczywisty i domyślała się iż blodyn też na niego wpadł. Po chwili jednak postanowiła powiedzieć to na głos.
- Uważam że bal to dobra okazja na małą integrację. Mamy już wspólne lekcje, ale to nie to samo co niezobowiązująca impreza. Trochę alkoholu, fajna muzyka i myślę że jakoś się dogadamy. - powiedziała wpatrując się w jego twarz. Z początku jego mina wyrażała powątpiewanie, jednak chwilę później uśmiechnął się szczerze.
- Ty i ta twoja wiara w ludzkość Granger. To poniekąd urocze. - zaśmiał się.
- Nie kpij Malfoy. - ofuknęła go. - Zobaczysz, jeszcze wszyscy będą się świetnie bawić. - powiedziała z uporem i wzięła do ręki pióro.
Przez cały dzień wspólnie pracowali nad szczegółami. Mimo iż do balu pozostało prawie osiem tygodni, zgodzili się że będzie lepiej jeśli już zaczną przygotowania. Próby do "Romea i Julii", lekcje, treningi Quiddicha, wypracowania domowe i nauka latania skutecznie ograniczały im czas przeznaczony dla organizacji balu.
Draco kończył właśnie pić swoją kawę gdy w okno zapukała piękna, brązowa sowa. Wstał, wpuścił ptaka do środka i odpiął od jej nóżki mały liścik.
- Pani dyrektor zaprasza nas na małe spotkanie w jej gabinecie, teraz. - powiedział gdy sowa z powrotem wzbiła się do lotu i opuściła dormitorium.
- No to chodźmy. - odpowiedziała Hermiona wstając i poprawiła mundurek.


*

Szedł obok niej i czuł jak co chwilę jego ciało przybliża się w jej kierunku. Mimo iż wczoraj późno poszli spać, on nie odczuwał znużenia. Przez pół nocy zastanawiał się nad tym, co w końcu do niego dotarło.
Pragnął jej diabelnie inteligentnego umysłu, seksownego ciała i uśmiechu, który sprawiał że znów czuł się szczęśliwy. Pragnął jej całej i wiedział że samo patrzenie wkrótce mu nie wystarczy.
Jednocześnie zdawał sobie sprawę że jego uczucia są szalone i całkowicie nieakceptowalne. Przynajmniej nie przez jego rodzinę. Nigdy nie miał jej zabrać na randkę by móc wspólnie spędzić choć jeden dzień, lub do swojego domu, by móc razem przejść się po ogrodach Malfoy Manor. Jaki sens był w pragnieniu osoby która nigdy nie miała być bliżej, niż te przypadkiem skradzione spojrzenia czy przelotny dotyk dłoni? Ale przecież on zawsze dostawał to czego pragnął. Czy to nowa miotła, czy uprzykrzenie komuś życia. Lecz ona nie była ani rzeczą którą mógł kupić, ani osobą którą mógł do czegokolwiek zmusić.
Była silna, uparta, wrażliwa, prawa i w mniemaniu jego rodziców, najgorszego pochodzenia z możliwych. - Czy to samolubne, że pomimo to chcę być z nią blisko? Czy mam prawo by móc cokolwiek zrobić w tym kierunku? -
zastanawiał się bezgłośnie.
Doszli właśnie do drzwi dyrektorki więc Hermiona zapukała w nie energicznie.
- Proszę! - usłyszeli po chwili, więc nie zwlekając weszli do środka. Draco zamknął za nimi drzwi i usiadł obok Gryfonki na jednym z dwóch krzeseł znajdujących się naprzeciwko biurka Minervy McGonagall.
Obrazy przedstawiające poprzednich dyrektorów Hogwartu odpowiedziały na powitania i tylko Severus Snape nieznacznie skinął głową.
- Wybaczcie że proszę was na spotkanie w niedzielę, ale podczas tygodnia wszyscy mamy całą masę obowiązków, sami doskonale o tym wiecie. - zaczęła dyrektor. - Dziękuję ci Hermiono za ten ostatni raport dotyczący przedstawienia, cieszę się, że wszystko idzie jak należy. Chciałam jednak zapytać, czy myśleliście już może o Bożonarodzeniowym Balu? Oczywiście was nie popędzam. - dodała.
Gryfonka spojrzała na Ślizgona i uśmiechnęła się delikatnie.
- Prawdę mówiąc pani dyrektor, razem z Malfoyem już prawie skończyliśmy ustalać szczegóły. Zostało nam jeszcze uzgodnienie menu i zorganizowanie muzyki. -
- Doskonale! Wiedziałam że wybór waszej dwójki na Prefektów Naczelnych będzie najlepszym posunięciem. - pokiwała głową McGonagall z uznaniem. - Jest tylko jeden mały szczegół, o którym chciałam z wami dzisiaj porozmawiać. Jak pamiętacie, na waszym czwartym roku bal otwierali reprezentanci biorący udział w Turnieju Trójmagicznym. W tym roku oczywiście nic takiego nie będzie miało miejsca, jednak uważam że można zrobić coś podobnego i uczynić to tradycją. -
- Co ma pani na myśli? - odezwał się blondyn.
- Zamiast reprezentantów, w tym roku bal otworzą wszyscy prefekci wraz z osobami towarzyszącymi. Oczywiście możecie zaprosić kogo tylko chcecie. -
Hermiona zamarła. Zupełnie nie brała pod uwagę takiej możliwości, więc wszystko co miała w swojej szafie ograniczało się do szkolnych mundurków i wygodnych mugolskich ubrań. Podejrzewała że w tym roku może odbyć się bal, jednak powiedziała sobie że na niego nie pójdzie gdyż i tak nie będzie miała z kim, a jeśli nawet ktoś by się trafił, oszczędzała każdy funt na podróż do Australii, więc nie ma nawet za co kupić nową kreację. Poruszyła się nerwowo na krześle i przełknęła ślinę. Poczuła w gardle nieprzyjemną suchość.
- Pani dyrektor, czy to koniecznie muszą być prefekci? - zaczęła nieśmiało.
- A masz lepszy pomysł, panno Granger? -
- Cóż, może powinno się zrezygnować z tańca powitalnego i zastąpić to przemówieniem jednego z prefektów lub dyrekcji Hogwartu... -
Minerva spojrzała na uczennicę spod swoich wąskich okularów i cicho westchnęła.
- Nie rozumiem skąd ten pomysł, przecież kilka lat temu nie miałaś nic przeciwko gdy tańczyłaś z Wiktorem Krumem. - zauważyła.
Kasztanowłosa jęknęła w duchu. Nie zamierzała się z tego tłumaczyć, więc postanowiła więcej tematu nie drążyć. Wiedziała że Minerva McGonagall i tak postawi na swoim, jak zawsze z resztą, dlatego spokojnie wysłuchała reszty zaleceń. Dziesięć minut później wraz z idącym obok arystokratą wracała do dormitorium w nieco podłym nastroju, co nie uszło jego uwadze.
- Coś się stało? - zagadnął ją gdy przechodzili już pod portretem. Kasztanowłosa pokręciła przecząco głową jednak nie umiała zmusić się do zmiany wyrazu twarzy. Zanim jednak Draco zdążył zadać kolejne pytanie z fotela wstała płomiennowłosa dziewczyna.
- Hermiona! - Ginny uśmiechnęła się szeroko. - Myślałam że tu jesteś, ale nigdzie nie mogłam cię znaleźć więc postanowiłam poczekać w salonie. Możemy na chwilkę pogadać? - zapytała przyjaźnie.
- Jasne. -odpowiedziała Gryfonka nieco chłodnym tonem. - Też mam ci coś do powiedzenia. Siadaj, chcesz herbaty? -
Rudowłosa podziękowała w odmowie i usiadła z powrotem w fotelu. Całe jej ciało aż rwało się by przekazać przyjaciółce, w jej mniemaniu, radosne nowiny.
- Wiem że to trochę za wcześnie, ale zaczęłam już myśleć o nadchodzącym balu, bo wiesz... tamtym razem byłam z Nevillem, a teraz z Harrym i chcę żeby było wyjątkowo. - zaczęła nieśmiało. Hermiona w pełni rozumiała uczucia przyjaciółki. Ich związek zaczął się na krótko przed wojną i nigdy tak naprawdę nie mieli okazji by gdzieś pokazać się razem, jak przystało na oficjalną parę. - Problem polega na tym, że za bardzo nie mam kasy na nową kieckę, a ty odkładasz na wyjazd... Na szczęście Fleur przyszła mi z pomocą. -
- Fleur? -
- Yhym. - przytaknęła ruda. - Napisałam do niej list, ostatnio nawet nieźle się dogadujemy, i zaproponowała mi coś ze swojej kolekcji. Mogłybyśmy wypożyczyć od niej jakieś sukienki za darmo. - dodała i uśmiechnęła się szeroko.
Hermiona przez chwilę wpatrywała się w przyjaciółkę z niedowieżaniem, po czym parsknęła rozbawiona.
- Ginny, wybacz ale to się nie uda. Mówimy o Fleur, pięknej, wysokiej, szczupłej blondynce w której żyłach płynie domieszka wili. Żadna jej sukienka nie będzie na mnie pasowała, a nawet jeśli, to będę wyglądała okropnie. Dziękuję za dobre chęci i za pamięć, ale jakoś sobie poradzę. - odpowiedziała szatynka po czym odłożyła na stół pustą filiżankę po herbacie.
Rudowłosa spochmurniała, ale nie zamierzała dać przyjaciółce za wygraną. Życie z sześcioma starszymi braćmi nauczyło ją nie odpuszczać i nigdy się nie poddawać.
- A czego chciała McGonagall? - zapytała po chwili.
Hermiona westchnęła ciężko i powtórzyła wiadomość jaką otrzymała od pani dyrektor. Po jej słowach Ginny z jeszcze większym uporem i zawziętością stawiała przy swoim, by wyporzyczyć suknie od jej bratowej.
- Możesz się buntować, ale wiesz że ja i tak napiszę do Fleur, by je przysłała. - powiedziała na odchodnym ruda i puściła do przyjaciółki perskie oko zanim wyszła z dormitorium.
Draco zatrzasnął się w pokoju by nie przeszkadzać przyjaciółkom, jednak gdy ramy obrazu zamknęły się za młodą Gryfonką, wszedł do salonu i usiadł na fotelu w którym wcześniej przesiadywała Weasleyówna.
Hermiona intensywnie o czymś rozmyślała wpatrując się w płonący ognień kominka. Nie wyglądała na zagniewaną, a raczej lekko przygnębioną. Draco nie podsłuchiwał rozmowy dziewczyn, ale teraz ciekawość go zżerała.
- Coś się stało? - zapytał niby od niechcenia.
Szatynka przeniosła na niego swój wzrok i lekko westchnęła.
- Nie chcę iść na ten bal. Nie miałam go w planach. - powiedziała i po chwili znów spojrzała w tańczące płomienie ognia. - To zabrzmi płytko, ale nie mam się w co ubrać. Z resztą, nie mam nawet partnera do tańca, a nie napiszę do Wiktora by specjalnie przyjechał ze mną zatańczyć. - dodała i zagryzła lekko wargi bo poczuła że powiedziała za dużo.
Draco zmarszczył brwi. Nigdy głębiej nie zastanawiał się nad relacjami jakie łączyły Grenger z Wiktorem Krumem, nie miał ku temu powodów. Jednak teraz, gdy Gryfonka wymówiła imię bułgarskiego szukającego poczuł w sobie dziwne ukłucie.
- Zawsze możesz poprosić Weasleya. - dodał wstając i kierując się do barku.
Hermiona zrobiła kwaśną minę. Ta rozmowa zaczynała ją drażnić. Nie miała zamiaru poruszać tego tematu z Malfoyem, ale sprowokowana nie chciała by doszło do nieporozumień.
- Nie poproszę byłego chłopaka by poszedł ze mną na bal, poza tym, dlaczego rozmawiamy o mnie, może pomówmy o tobie Malfoy. Z kim idziesz na bal? - zapytała śmiało.
Blondyn wzruszył ramionami i nalał sobie drinka do kwadratowej szklanki. Usiadł z powrotem w fotelu i nie patrząc na Gryfonkę upił łyk alkoholu.
- Może z Pansy? Albo jedną z sióstr Greengrass? - ciągnęła Hermiona. - Daphne rozpłynęłaby się z radości. - skwitowała.
- O co ci chodzi? - zapytał spokojnie, jednak czuł narastającą w nim złość.
- O nic. - odpowiedziała sucho.
- Przecież widzę że jesteś zła. -
- Nie jestem. -
- Jak sobie chcesz. - powiedział, na co Hermiona automatycznie się zjeżyła. Już miała coś powiedzieć, lecz ostatecznie ugryzła się w język i wstała z sofy.
- Idziesz spać? - zapytał Ślizgon.
- Nie, idę wysłać sowę do Wiktora. - warknęła szatynka. Draco zacisnął palce mocniej na szklance i poczuł iż ma chęć dopiec współlokatorce. Zanim jednak zdążył wypowiedzieć choćby słowo, szkło w jego dłoni pękło na tysiąc kawałków. Oprócz resztek alkoholu na dywan leciała teraz świeża krew, plamiąc go szkarłatnymi kroplami. Hermionę na sekundę zmroziło, lecz już po chwili znalazła się przy Malfoyu.
- Siedź, nie ruszaj się, pomogę ci. - jej ton głosu zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Był łagodny, ale zarazem pewny i zdecydowany. Jednym ruchem różdżki usunęła resztki szkła, po czym pozbyła się plam z dywanu. Wyczarowała wszystkie niezbędne przyrządy pierwszej pomocy i uklękła przed chłopakiem. Ostrożnie wzięła jego dłoń i zaczęła pozbywać się resztek szklanki. Gdy skończyła przemyła ranę wodą utlenioną i lekko zabandażowała.
- Rana nie wymaga szycia, ale powinieneś pójść do skrzydła szpitalnego, pani Pomfrey z pewnością ma leki które zapobiegną powstaniu blizny. -
- Dzięki, ale nie skorzystam. - Draco wstał, minął wciąż klęczącą na dywanie Hermionę i zniknął za drzwiami swojej sypialni.
Gryfonka westchnęła. Czuła się w pewnym stopniu winna, rozmowa przybrała zły kierunek a jej irytacja wymieszana z zazdrością i pogłębiającą się dezorientacją sprawiła że wieczór skończył się w ten, a nie w inny sposób. Przymknęła powieki i cicho wypowiedziała dobrze znane jej imię.
- Mrużko. -

~

Draco jedną ręką próbował odpiąć guziki koszuli, jednak narastający ból i sztywność w prawej dłoni skutecznie mu to uniemożliwiały. Był na siebie wściekły. Już dawno nie stracił kontroli nad swoją siłą magiczną.
Gdy szklanka pękła mu w ręce był szczerze zdumiony i jednocześnie przerażony. Co jeśli zrobiłby jej krzywdę? Jedynym plusem tej sytuacji był fakt, że Gryfonka rzuciła mu się na pomoc i przestała mówić o tym irytującym Wiktorze Krumie. Patrzył na jej skupioną twarz, gdy pęsetą wyciągała małe, iskrzące i zabarwione czerwienią fragmenty szkła. Wtedy o tym nie myślał, ale teraz ból zaczął dawać o sobie znać. Gdy już rozważał rozerwanie koszuli lewą ręką, usłyszał pukanie do drzwi.
- Proszę. -
W drzwiach stanęła Hermiona, która za pomocą zaklęcia lewitowała obok siebie małą tacę, na której stały flakoniki różnych kształtów i rozmiarów. Dziewczyna weszła nieśmiało i stanęła naprzeciwko niego.
- Poprosiłam Mrużkę by przyniosła te eliksiry ze skrzydła szpitalnego. - powiedziała nieśmiało.
Draco uniósł brwi w zdziwieniu.
- Okradłaś pielęgniarkę? - zapytał szczerze zdumiony.
Szatynka zacisnęła usta.
- Wiedziałam że nie pójdziesz do niej z własnej woli, a jutro mamy zajęcia. Jestem pewna że rana zaczyna dawać ci w kość, jak chcesz pisać i posługiwać się różdżką? - zapytała.
- Więc by mi pomóc wysłużyłaś się skrzatem i zwędziłaś biednej pani Pomfrey jej leki. Doceniam gest. - dodał blondyn z lekkim rozbawieniem.
Hermiona wywróciła oczami i postawiła tackę na łóżku.
- Siadaj. - powiedziała bez krępacji i odkorkowała pierwszy flakonik. - Wypijaj je po kolei, ten jest przeciwzapalny, kolejny to przeciwbólowy, a następny to eliksir przeciw bliznom. -
- Serio Granger, nie obchodzą mnie blizny. - odparł chłopak siadając obok niej.
- Możesz to wypić i nie gadać? - zapytała i podała mu pierwszy płyn. Malfoy wypijał eliksiry jeden za drugim i gdy skończył popił wszystko dyniowym sokiem znajdującym się w pucharze, który Hermiona wyczarowała w międzyczasie.
- Świetnie. - powiedziała z entuzjazmem gdy podał jej pusty puchar. - Chciałam cię przeprosić.. - dodała po chwili. - Zdenerwowałeś się i to była moja wina. Wprowadziłam niemiłą atmosferę i.. -
- Nie schlebiaj sobie Granger, nie tak łatwo wyprowadzić mnie z równowagi. - skłamał Ślizgon siląc się na obojętny ton. - Czy w ramach przeprosin mogę prosić cię o pomoc? - zapytał i poczuł że coś przewraca mu się w żołądku. Ręka go już tak nie bolała i czuł że sam świetnie dałby sobie radę, jednak jakaś ślizgońska cecha kazała mu wykorzystać nadarzającą się okazję.
- Jasne. - Hermiona uśmiechnęła się lekko i spojrzała na niego czule i przepraszająco. To mu wystarczyło by przestał się wahać.
- Czy mogłabyś rozpiąć mi koszulę? Ręka mnie jeszcze boli, no i ten bandaż.. - powiedział zbolałym tonem. Gryfonka zamrugała zbita z tropu jednak po chwili wydukała ciche "ok".
Wzięła wdech i niepewnie dotknęła pierwszego guzika. Nie patrzyła mu w oczy, w pełni skupiła się na koszuli gdyż bała się że gdy podniesie wzrok i napotka jego stalowo szare spojrzenie, może przestać myśleć logicznie. Cała ta sytuacja zaczęła jej się wydawać nie na miejscu. Siedzi u niego w pokoju, na jego łóżku i rozpina mu koszulę. Gdyby ktoś teraz wszedł do pokoju i zastał ich w tej sytuacji, nie byłaby zdziwiona gdyby pomyślał to, co by mógł pomyśleć. Schodząc coraz niżej Hermiona starała się nie odsuwać koszuli na boki, chociaż i tak zaczęła dostrzegać jasną skórę jego klatki piersiowej i brzucha. Zapach perfum które tak polubiła był bliżej niż kiedykolwiek. Odpinając przedostatni guzik poczuła zawroty głowy. Adrenalina i szybciej płynąca krew zaszumiały jej w uszach, na policzki wypłynął szkarłat. Gdy skończyła i koszula rozpięła się całkowicie ukazując tors Ślizgona w całej okazałości, czuła że traci kontakt z rzeczywistością. Automatycznie oparła się o jego ciało nie myśląc nawet co robi.
Draco czerpał satysfakcję patrząc na to jak Hermiona reaguje na tę sytuację. Chciał ją objąć i tak jak ona rozpiąć guziki jej białej koszuli. Chciał ją dotknąć, poczuć mocniej, lecz zanim te uczucia całkowicie nim zawładnęły przymknął oczy i zapytał spokojnie.
- Chcesz mnie zgwałcić Granger? -
Hermiona uniosła powieki i natychmiast się wyprostowała. Speszona wstała z łóżka, chwyciła swoją różdżkę i tacę z pustymi już flakonikami.
- Przepraszam, jestem zmęczona a ty masz mocne perfumy, zakręciły mi w głowie.. - dukała. - Pójdę już. - dodała i pospiesznie opuściła pokój blondyna. Jak na złość przed drzwiami pokoju stał Blaise z ręką uniesioną tak, jakby chciał zapukać.
- O, cześć Hermiona! - czarnoskóry chłopak uśmiechnął się do niej szeroko chcąc zamaskować zaskoczenie. - Jak niedziela? - zapytał zbity z tropu.
- Cześć Blaise, w porządku, przepraszam na moment. - odpowiedziała mu Gryfonka i po chwili zniknęła za drzwiami swojego pokoju.
Zabini wszedł do komnaty Dracona i poczuł jeszcze większą konsternację, gdy ujrzał przyjaciela w rozpiętej koszuli i z obandażowaną ręką.
- Czy.. ja powinienem.. przyjść później? - zapytał.
- Nie bądź śmieszny Blaise. - odpowiedział Draco ściągając z siebie koszulę i rzucając ją na łóżko. Podszedł do szafy stojącej w rogu pokoju i wyciągnął z niej nowy, czarny T-shirt.
- Wytłumacz mi Smoku, dlaczego siedziałeś tutaj sam na sam z Hermioną prawie nagi, do tego zauważyłem że jej twarz miała piękny odcień czerwieni gdy wychodziła... No i co z twoją ręką?!- dodał po chwili przerażony.
- Przestań histeryzować. - zaczął spokojnie arystokrata. - Przez przypadek rozbiłem szklankę, Granger pomagała mi opatrzyć ranę i odpiąć guziki. Tyle. -
Blaise zmarszczył brwi, lecz po chwili rozluźnił się uznając słowa Dracona za prawdę.
- Wiesz, nie żeby coś, ale gdyby się okazało że chciałeś nawiązać z Gryfonką lepsze i bliższe stosunki, powtarzam, stosunki, nie miałbym nic przeciwko. - dodał rozbawiony.
- Jesteś kretynem. - rzucił Malfoy wywracając oczami.
"Ale nie jestem ślepy", dodał w myślach Blaise.

*

Listopad chylił się ku końcowi. Przegrana Huffelpuffu z Ravenclawem podczas pierwszego meczu Quiddicha nikogo nie dziwiła, za to napawała przeciwne drużyny optymizmem.
Gryfoni ćwiczyli z jeszcze większą zawziętością, tak samo jak i Ślizgoni, co niejednokrotnie prowadziło do konfliktów o rezerwację boiska. Ostatni mecz przed końcem roku miał rozegrać się między drużyną Krukonów a Ślizgonami. Zawodnicy z domu węża pod przewodnictwem Blaisea Zabiniego wylewali z siebie siódme poty i raz po raz lądowali w skrzydle szpitalnym, gdyż aura sprzyjała grypie i przeziębieniom.
W wieczór poprzedzający mecz Blaise wraz z Draconem, Hermioną, Pansy, Harrym, Ronem ,Ginny i Luną omawiał w pokoju wspólnym prefektów naczelnych ostateczną strategię rozgrywki. Gdy po raz setny tłumaczył w jaki sposób najlepiej podejść obrońcę Krukonów w końcu młody arystokrata nie wytrzymał.

- Blaise błagam, zamknij się w końcu. Słyszałem to już z milion razy, nie jestem tępy. - powiedział z irytacją w głosie i zacisnął palce u nasady nosa. Kątem oka spojrzał na siedzącą naprzeciwko Hermionę, która w skupieniu wertowała podręcznik do historii magii. Kiedyś wyśmiałby ją za tą nadgorliwość w nauce, jednak teraz rozumiał że kocha książki a nauka sprawia jej po porostu przyjemność. Z resztą, zaczął przyłapywać się na tym iż lubi patrzeć na Gryfonkę gdy ta czyta lub się uczy. Miała wtedy taki skupiony wyraz twarzy, co zawsze go trochę bawiło. Po wieczorze z pękniętą szklanką praktycznie nic się nie zmieniło. Wciąż wspólnie patrolowali korytarze, pracowali nad szczegółami balu, wieczorami toczyli przyjemne rozmowy przy kominku. Próby do przedstawienia zawieszono aż do pierwszego dnia wiosny, co oczywiście nie zwolniło wszystkich z dalszych indywidualnych ćwiczeń ról. Gdy Zabini zmienił temat Draco wpadł w dziwne otępienie. Patrzył w ogień i czuł, że jakaś dziwna siła zaczyna go przygniatać, jakiś irracjonalny, nieprzenikniony strach. Czuł, że zbliża się coś złego lecz nie potrafił tego nazwać. Machinalnie chwycił się za przedramię lewej ręki co ostatnio zdarzało mu się coraz rzadziej. Nie zauważył, że Hermiona przygląda mu się znad otwartej książki.
- Wiecie, nie wyganiam was, jest super, ale już późno, jutro mecz, musicie się wyspać. - powiedziała gdy Ron skończył o czymś dyskutować z Luną.
Blaise wstał i przeciągnął się głośno ziewając.
- Masz rację, trochę się zasiedzieliśmy. - zakrył usta dłonią gdy ziewnął po raz drugi. - Mam nadzieję, że jutro kibicujecie wężom. - dodał w kierunku wstających Gryfonów.
- Zapomnij. - Ron zaśmiał się krótko i spojrzał w stronę blondynki. - Z przyjemnością zobaczę, jak Krukoni skopią wam tyłki. - dodał wciąż rozbawiony.
- Niestety Weasley, jutro o tej porze przyjmę twoje szczere gratulacje. - Blaise przekomarzał się tak z rudzielcem jeszcze chwilę, aż w końcu wszyscy życzyli sobie dobrej nocy i zostawili Hermionę i Dracona samych.
Szatynka odłożyła książkę i znacząco odkaszlnęła, jednak arystokrata wciąż wpatrywał się w ogień nie zwracając na nią uwagi.
- Malfoy? - zaczęła nieśmiało. - Malfoy, w porządku? - zapytała jednak świadomość chłopaka wydawała się być daleko stąd. - Malfoy? - powtórzyła lecz bez skutku. Zirytowana i lekko wystraszona wzięła głębszy wdech i ryknęła.
- Draconie Lucjuszu Malfoy! -
Chłopak natychmiast oprzytomniał. Spojrzał na nią zaskoczonym wzrokiem i zamrugał ze zdziwienia parę razy.
- Co się stało? - zapytał zbity z tropu.
- Porządnie się zawiesiłeś, wołałam cię parę razy, ale nie reagowałeś. Coś.. coś się stało? - zapytała z troską.
- Nie..
- Przejmujesz się meczem?
Draco zmarszczył brwi lecz po chwili jego twarz złagodniała.
- Zawołałaś mnie pełnym imieniem. Skąd znasz moje drugie imię?
Hermiona lekko się zmieszała.
- Cóż, pomyślałam że osoby takie jak ty.. to znaczy o takim statusie jak twój, dziedziczą drugie imiona po swoich ojcach. W mugolskich rodzinach jest podobnie. - powiedziała lekko speszona i utkwiła wzrok w swoich dłoniach.
- A jakie jest twoje drugie imię? - zapytał po chwili.
- Jean, po siostrze mojej mamy. - odpowiedziała.
Na chwilę w salonie zapadła cisza. Słychać było tylko trzaskanie ognia w kominku i miarowe tykanie magicznego zegara na ścianie. W pewnym momencie Draco wstał, dopił swojego drinka i odstawił szklankę na stolik.
- Idę spać. Dobranoc Hermiono Jean Granger. - powiedział i zniknął za drzwiami łazienki.


*

Tego dnia pogoda była wręcz idealna. Panował ziąb, jednak co jakiś czas zza chmur wychylało się blade słońce. Trybuny stadionu z każdą chwilą wypełniały się po brzegi. Uczniowie napływali z zamku z każdej strony chcąc zobaczyć jedną z najciekawiej zapowiadających się potyczek sezonu. Hermiona stała obok Pansy ubrana w szal w barwach Slytherinu i wciąż nie mogła uwierzyć w to, jak się tutaj znalazła.

Wstała wcześnie i jak co rano zaraz po porannej toalecie zeszła do Wielkiej Sali na śniadanie. Harry już tam był i wcinał sporą porcję jajecznicy. Na jej widok uśmiechnął się szeroko i przełknął kęs by móc się przywitać.
- Cześć Hermiono, już na nogach? -
- Dzień dobry Harry. Mogę zapytać o to samo, rzadko się zdarza byś ty lub Ron o tej godzinie pojawili się na śniadaniu. - usiadła naprzeciwko przyjaciela i nalała do pucharu dyniowego soku.
- Obudziłem się wcześniej a później już nie mogłem z powrotem zasnąć, Ron chrapie niemal identycznie jak wuj Vernon. - zaśmiał się, Hermiona również zachichotała, lecz po chwili spoważniała.
- Masz jakiś kontakt z Dursleyami? - zapytała ostrożnie.
Harry pokręcił głową.
- Nie bardzo. Po wojnie napisałem do nich list, Ministerstwo podało mi ich nowy adres. Po miesiącu dostałem odpowiedź od ciotki. Oschłą i konkretną jak zawsze, ale o dziwo Dudley napisał do mnie w zeszłym tygodniu. Wyprowadził się od rodziców, więc wyobrażam sobie rozpacz ciotuni. Mieszka teraz w Londynie, uczy się na piekarza, chciałby się kiedyś spotkać. - skończył Harry i wziął kolejny kęs.
- To.. to naprawdę wspaniale Harry. - zaczęła szatynka. - W końcu to twój kuzyn. Jest jaki jest, ale.. no wiesz, z rodziną zawsze dobrze tylko na zdjęciu. - dodała i upiła spory łyk.
- Nie przejmuj się Herm. - zaśmiał się Harry. - I pij wolniej, bo się zadławisz. -
Rozmawiali jeszcze chwilę o kuzynie Harryego i jego nowej ścieżce życiowej, gdy nagle ktoś stanął obok nich.
- Cześć Potter, cześć Granger. -
Unieśli głowy a ich oczom ukazała się dumna i niewzruszona sylwetka Pansy Parkinson. Było jednak widać że jest spięta. Pierwszy raz w życiu podeszła do stołu Gryfonów i mimo ich lepszych stosunków wciąż miała problemy by całkowicie się zrelaksować.
- Granger, czy mogłybyśmy na chwilę porozmawiać? -
- Jasne. - Hermiona otrzepała ręce z okruszków i wstała poprawiając spódniczkę.
- Potter, posłuchaj... - zaczęła niepewnie Pansy. - Od lat robisz tutaj za wyrocznię, więc zapytam bo chcę mieć pewność. Czy ty i reszta twojej paczki nie mielibyście za złe, gdyby Hermiona usiadła dzisiaj na trybunach ze mną? -
Harry w zdziwieniu uniósł wysoko brwi lecz po chwili odpowiedział spokojnie.
- Niech siada gdzie chce, to wolny kraj, nie musi pytać mnie o zgodę. Ale nie jestem wyrocznią Pansy i proszę, mów mi po imieniu. - uśmiechnął się nieznacznie i nalał sobie kolejną porcję soku do pucharu.
- W porządku, Harry. - odpowiedziała Pansy i spojrzała na oniemiałą Hermionę. - Idziemy? -
- T-tak!- Gryfonka szła obok brunetki w milczeniu a jej myśli pędziły jak szalone. Ciszę przerwała Pansy.
- Słuchaj Granger...-
- Hermiona. - Gryfonka przerwała jej w pół słowa.
- Słucham? - zapytała zaskoczona Parkinson.
- Skoro Harryemu mówisz po imieniu, to do mnie też możesz. Hermiona. - dziewczyna wyciągnęła rękę w stronę brunetki, która zrobiła nieco kwaśną minę. Po chwili wahania westchnęła i odwzajemniła uścisk dłoni.
- Pansy... Chociaż nie wiem o co wam chodzi z tymi imionami... Ale nieważne, nie o tym chciałam z tobą porozmawiać. Jak słyszałaś, chcę byś usiadła ze mną na trybunach, zgadzasz się? -
- Nie mam nic przeciwko, tylko dlaczego chcesz bym to zrobiła? -
Pansy lekko się zmieszała.
- Prawdę mówiąc to był pomysł Blaisea, uważa że to dobry pomysł i prosił mnie bym ci to zaproponowała, ale nie pytaj mnie czemu, ja nic nie wiem. Więc jak, dzisiaj o jedenastej przyjdę po ciebie i razem pójdziemy na mecz, może być? -
- Zgoda. - przytaknęła Hermiona.
Dziewczyny zatrzymały się akurat przed obrazem prowadzącym do dormitorium prefektów naczelnych. Śliczna dziewczynka z portretu uśmiechała się do nich przyjaźnie i czekała na podanie hasła.
- Wejdziesz na herbatę? - zaproponowała Gryfonka.
- Nie, dzięki, już piłam. Do później. - Pansy odwróciła się na pięcie i po chwili zniknęła Hermionie z oczu, zostawiając ją samą w pustym korytarzu.

*

Kierowała się ku lochom czując że z każdą chwilą ból głowy przybiera na sile. Nie miała pojęcia czy to co podejrzewał Blaise może okazać się prawdą, ale mało ją to w tej chwili obchodziło.
Wspomniała dzień w którym Blaise wysłał jej patronusa z wiadomością by szybko do niego przyszła, gdyż musi jej coś powiedzieć.
~
 Gdy przekroczyła próg jego pokoju zauważyła że jego oczy świecą niezdrowym blaskiem.
Był czymś bardzo podniecony i gdy tylko ją zobaczył od razu zaczął wypluwać z siebie słowa niczym smok ogień.
- Pansy, Pansy nie uwierzysz co widziałem. Ale nie jestem pewny czy moje podejrzenia są słuszne? Ale dlaczego by nie? - wyliczał krążąc po pokoju.
- Blaise, nic z tego nie rozumiem, albo zaczniesz mówić jak człowiek, albo wychodzę. - powiedziała Pansy beznamiętnym tonem.
Czarnoskóry chłopak usiadł na łóżku i kilkakrotnie przejechał ręką po swoich krótkich włosach.
- Nie wiem od czego zacząć. - powiedział uśmiechając się lekko. - Wiesz, poszedłem dzisiaj zapytać Draco czy nie chciałby zagrać w partyjkę pokera ze mną i Terencem i gdy już miałem zapukać jego drzwi otworzyła Hermiona.. -
- Granger? - głos Pansy już nie był obojętny.
Zabini potwierdził kiwnięciem głowy i kontynuował.
- Szybko wyszła z jego pokoju cała czerwona. W rękach trzymała jakieś eliksiry, za to Draco wstawał z łóżka i zdejmował z siebie koszulę... Powiedział że rozbił szklankę i Hermiona go opatrywała, faktycznie miał bandaż na ręce, ale sam nie wiem... -
- Co insynuujesz Blaise? - zapytała dziewczyna i usiadła w jednym z wygodnych foteli.
Ślizgon wzruszył ramionami i popatrzył w okno.
- Pamiętasz jak mówiłem ci, że Draco znacznie opuścił się w Quiddichu? Tego samego wieczoru rozmawiałem też z Hermioną, nie wiem dlaczego ale ona ma w sobie coś, co sprawia że nie wiesz kiedy, a już zaczynasz się zwierzać. I od słowa do słowa obiecała mi, że spróbuje pomóc Draconowi. I wiesz co? Pomogła! Nie mam pojęcia co zrobiła ale praktycznie już po kilku dniach Draco znów latał tak jak dawniej. Chciałem się zapytać, ale machnąłem na to ręką. Ważne że poskutkowało... Sama powiedz, przecież też widzisz jak zaczęli się do siebie odnosić, jak często robią coś wspólnie, jak... -
- Nie Blaise.. - przerwała mu brunetka. - Wiem do czego dążysz, ale to się nie uda. -
- Niby dlaczego? Owszem, nie wiem jakie relacje do końca między nimi panują, ale.. -
- Nie. - powtórzyła dziewczyna.
- Bo co? - zirytował się Blaise.
- Bo doskonale znasz jego rodzinę i wiesz, że to o czym myślisz nigdy się nie wydarzy. A nawet gdyby się wydarzyło to nie miałoby żadnej przyszłości. -
Mulat zmarszył brwi i wstał z łóżka.
- Skąd możesz to wiedzieć Pansy? Już go przekreśliłaś? A może... może przeszkadza ci fakt że Granger jest ostatnio tak blisko niego? - zapytał nalewając sobie alkoholu i nie patrząc jej w oczy.
Brunetka wstała czując jak wściekłość zalewa jej ciało.
- Nie o to chodzi Blaise, ja kocham go... jak brata... i będę szczęśliwa jeśli i on będzie, ale to o czym mówisz zwyczajnie nie ma prawa bytu w naszym, w jego świecie.. sam doskonale o tym wiesz. - dodała i spuściła wzrok. Czuła jak płoną jej policzki i nienawidziła tego. Zaciskała pięści aż pobielały jej knykcie i zaczęła liczyć do dziesięciu.
Blaise odłożył szklankę i zbliżył się do dziewczyny. Położył dłoń na czubku jej włosów i czule pogłaskał. Widział jak łzy złości spływają po jej policzkach.
- A ja wierzę, że można mieć kontrolę nad swoim losem. I chciałbym zrobić wszystko by i on ją odzyskał. -
~
Wypowiedziała hasło i przeszła przez drzwi prowadzące do pokoju wspólnego Ślizgonów. Uczniowie powoli szykowali się na mecz i głośno obstawiali wyniki rozgrywki. Pansy poczuła na sobie czyiś wzrok. Spojrzała w bok i jej oczy napotkały spojrzenie Daphne Greengrass. Obok blondynki, niczym wierny piesek siedziała Astoria i reszta ślizgońskich dziewczyn, które miały Daphne za coś w rodzaju guru.
Brunetka szybko opuściła salon i zniknęła za drzwiami swojego pokoju. To spojrzenie pełne pogardy wystarczyło, by w pełni przekonała się do planów Blaisea.

*

- Nadal nie mogę uwierzyć że będziesz kibicować Ślizgonom! - jęczał Ron gdy wszyscy zaczęli powoli się zbierać i stali obok głównych drzwi wejściowych do Hogwartu.
- Nie będę im kibicować, tylko będę siedzieć w ich sektorze, obiecałam to już Pansy. - tłumaczyła po raz setny Hermiona.
- Przecież to to samo! - nie dawał za wygraną Ron.
- Och na Merlina, przestań już zawodzić! - Ginny ofuknęła brata i puściła perskie oko w kierunku przyjaciółki. Ron już chciał jej odpyskować, jednak w tej samej chwili Luna szczelnie zawiązała mu szal z barwami Ravenclawu wokół ust.
- Wybacz Hermiono, ale my już musimy iść. Za chwilę trybuny z naszej strony będą zapchane i nie będzie gdzie stanąć. - powiedział Harry i uśmiechnął się przepraszająco.
- Nie ma sprawy. - odpowiedziała Hermiona i pomachała przyjaciołom na pożegnanie. Czuła się dziwnie, oto pierwszy raz w życiu nie idzie ze swoją paczką na mecz Quiddicha, ale z kimś zupełnie innym. Zanim jednak zdążyła się nad tym porządnie zastanowić ktoś pacnął ją w ramię. Odwróciła się i spojrzała prosto w twarz znienawidzonej kiedyś Ślizgonki, z którą teraz była na "ty" i z którą miała wspólnie spędzić południe.
- Cześć Gren.. Hermiono - szybko poprawiła się Parkinson.
- Cześć Pansy. - odpowiedziała jej Hermiona i uśmiechnęła się przyjaźnie. - Idziemy? -
- Taak.. ale najpierw Blaise chciał bym coś ci dała. - Dziewczyna wyciągnęła zza kurtki kawałek materiału i podała go Gryfonce. Szatynka jak się okazało rozwinęła flagę, na której widniał napis " Naprzód Malfoy!"
Hermiona spojrzała na Pansy całkowicie zaskoczona.
- Zwariował? - zapytała i przeniosła wzrok na wielki, czarny napis.
- Chyba tak.. wiesz co, daj mi to. - Ślizgonka nie czekała na odpowiedz i jednym zwinnym ruchem ręki zabrała Hermionie flagę. Wyciągnęła różdżkę i po chwili trzymała w ręku piękny szal w barwach domu węża.
- Trzymaj, dzięki temu wtopisz się w tłum. -
- Ja.. ja nie wiem... - Hermiona nie była zachwycona tym pomysłem. Wiedziała że gdy pojawi się w sektorze Ślizgonów i tak pewnie cała szkoła, oprócz przyjaciół, nazwie ją zdrajczynią, więc nie chciała dolewać oliwy do ognia w postaci szala.
- Załóż go i chodź, bo się spóźnimy. - Pansy wcisnęła jej w ręce zielono-srebrny szalik i wyszła na błonia.

*

Serce biło mu jak oszalałe. Próbował się uspokoić, liczyć wdechy i wydechy, jednak na nic się to zdawało. Słyszał tupot setek stóp uczniów, którzy przyszli zobaczyć dzisiejszy mecz. Słyszał krzyki, pogwizdywania i wesołe hasła rzucane przez kibiców. Chciał by ktoś go dopingował wykrzykując jego imię... chciał by to była ona. Zamknął oczy i wyobraził sobie jej zarumienioną od wiatru twarz, wesołą i wpatrującą się w niego tak jak na pamiętnym treningu. Usłyszał głos Blaisea który oznajmił iż pora wychodzić.  Wstał, wziął głęboki wdech i usiadł na miotle by wylecieć na boisko w akompaniamencie wiwatów i krzyków.
Przeczesał wzrokiem trybuny Gryfonów jednak nigdzie je nie zauważył. Gdy gwizdek pani Hooch rozpoczął mecz musiał przestać wypatrywać współlokatorki i skupić się na meczu.
Z początku rozgrywka przebiegała normalnie, kafel przechodził z rąk do rąk, złoty znicz co chwilę umykał z pola widzenia, a obie drużyny remisowały punktami. Jednak w połowie meczu ją zauważył. Nie mógł uwierzyć gdy dostrzegł ją siedzącą obok Pansy. Miała na sobie szal w barwach jego domu i głośno klaskała gdy Terence Higgs strzelił dla nich gola. Uśmiechnięta powiedziała coś do Pansy, a ta odpowiedziała jej skinieniem głowy. Dracona wytrąciło to całkowicie z równowagi. Był zaskoczony i jednocześnie czuł że wzbiera w nim nowe uczucie. Chęć pokazania się z jak najlepszej strony. Nie dla Blaisea, nie dla drużyny ani nawet nie dla całego Slytherinu, ale dla niej. Chciał przed nią udowodnić na co go stać i wziął sobie za punkt honoru odnalezienie znicza. Ostatni raz spojrzał na jej twarz i w tym samym momencie ona spojrzała na niego.
Uśmiechnęła się lekko i pomachała do niego jedną ręką. Pomyślał, że pięknie jej w zielonym. Nagle usłyszał głośny ryk, to szukający Krukonów zauważył złotego znicza i pognał w jego kierunku niczym najprawdziwszy orzeł. Draconowi serce podeszło do gardła, jeśli przegra nigdy sobie tego nie daruje. Zmusił swojego Nimbusa 2001 do szaleńczego pędu, czuł jak miotła wibruje pod nim z nadmiernej prędkości i wiedział, że jeżeli przesadzi to zniszczy miotłę. Jednak w tym momencie nic się dla niego nie liczyło. Zrównał się ze ścigającym przeciwnej drużyny i wyciągnął prawą dłoń przed siebie. Po kilku sekundach które wydawały się wiecznością zgiął dłoń i zeskoczył z miotły, która z impetem uderzyła w dolną część trybun rozwalając ją na tysiąc kawałeczków. Upadek był bolesny i czuł że z pewnością nabił sobie kilka guzów i siniaków, jednak w ciszy która
zapanowała wstał, wyprostował się i wyciągnął do góry rękę w której trzymał złoty znicz.
Ryk z sektora Ślizgonów ogłuszał. Blaise i reszta drużyny podleciała do niego, wzięła na ręce i kilkakrotnie podrzuciła do góry. Gdy znów stanął na własnych nogach Zabini poklepał go energicznie po plecach.
- Byłeś świetny, już myślałem że przegapisz znicza ale jednak coś dało ci powera. - powiedział zadziornie i uśmiechnął się szeroko. Nie dane było im dłużej porozmawiać gdyż każdy chciał im pogratulować wygranej.
Pół godziny później, gdy Draco i Blaise zostali sami w szatni do środka weszła Pansy, a za nią nieśmiało Hermiona. Trzymała w ręku duże zawiniątko i miała nietęgą minę.
- Co dziewczyny, nie pogratulujecie nam? - zapytał dziarsko Blaise.
- Gratulujemy, byliście nieźli. - powiedziała Pansy swoim standardowym, spokojnym tonem.
- Ojj, może coś bardziej wylewnego? - zagruchał mulat.
- Cóż, niech Hermiona to zrobi. - odpowiedziała dziewczyna i ustąpiła miejsca Gryfonce. Ta podeszła powoli do siedzącego wciąż Dracona i uklękła przed nim.
- Tak mi przykro, znalazłyśmy ją pod trybunami.. - powiedziała drżącym głosem i rozwinęła materiał. Nimbus 2001 już w niczym nie przypominał miotły, a raczej kupkę chrustu na opał.
Blaise zaklął pod nosem i z przerażeniem spojrzał na przyjaciela. Ten jednak nie wyglądał na przygnębionego. Wziął od Hermiony resztki swojej magicznej miotły po czym wstał i wrzucił je do kosza. Gryfonka wciąż klęczała z opuszczoną głową.
- Lubisz tak kucać, czy mi się oświadczasz, Granger? - ton jego głosu zdradzał rozbawienie. Szatynka wstała i przetarła oczy szybkim ruchem dłoni.
- Ale.. twoja miotła... -
- Była jedną z najwspanialszych mioteł, ale jej czas już przeminął. Chyba cieszysz się ze to miotła, a nie mój kark? - zapytał unosząc jedną brew.
- Tak, oczywiście że tak.. i gratuluję złapania znicza! Byłeś naprawdę wspaniały. - dodała pośpiesznie i uśmiechnęła się lekko.
- A ty dosyć odważna, skoro weszłaś w gniazdo węży. - rzucił z rozbawieniem.
- Miałam kamuflaż. - zaśmiała się i dotknęła swojego szala.
- W Gryffindorze nie zlinczują cię za zdradę? - zapytał wciąż się uśmiechając.
- W razie czego wierzę że wężyki pośpieszą mi z pomocą. Chyba że kibicowałam na darmo. - odparła.

Pansy spojrzała wymownie na Blaisea który uśmiechał się od ucha do ucha. W końcu jednak odkaszlnął znacząco.
- Ekhm! Nie chcę przeszkadzać, ale robi się zimno i coraz ciemniej. Może wrócimy już do zamku? - zapytał tłumiąc śmiech. - W lochach będzie dzisiaj impreza, start o osiemnastej, obecność obowiązkowa Hermiono. - dodał zanim wyszedł z namiotu i pociągnął za sobą Pansy.

~

Ginny uwijała się wokół Hermiony niczym mała, pracowita pszczółka. Gdy szatynka wysłała do niej patronusa z informacją gdzie wybiera się dzisiejszego wieczoru, ta po dwudziestu minutach zjawiła się z całym arsenałem nie tylko kosmetyków, ale także i ubrań. Pół godziny przed osiemnastą do dormitorium weszła Pansy, która obiecała przyjść po Hermionę. Draco zniknął już godzinę wcześniej, gdyż Blaise nalegał by pomógł mu w przygotowaniach.
- Nie wiem czy powinnam tam iść. Ślizgoni nie będą zadowoleni z mojej obecności. - marudziła Hermiona.
- Jeśli nie pójdziesz z własnej woli, to cie tam zawlekę. - odpowiedziała stanowczo Pansy.
- Hermiono, jestem pewna że wszystko będzie dobrze, pewnie nawet cię nie zauważą. - dodała Ginny.
- Nie byłabym tego taka pewna. - Pansy stanęła obok wyczarowanej wcześniej toaletki i przyjrzała się Gryfonce. - Wyglądasz... świetnie. -
- Dzięki Pansy, ty też. - Hermiona uśmiechnęła się do niej blado gdyż czuła jak żołądek odmawia jej posłuszeństwa. W rzeczywistości jednak również uważała że Ślizgonka wygląda bombowo.
Czerwona, lekko rozkloszowana sukienka bez ramiączek świetnie komponowała się z jej czarnymi włosami sięgającymi ramion, tym razem lekko pofalowanymi. Usta miały ten sam krwisty odcień, co sprawiało iż Pansy wyglądała niczym gwiazda Hollywood.
- Gotowe. - oświadczyła w pewnym momencie Ginny.
Hermiona wstała i podeszła do olbrzymiego lustra stojącego obok toaletki. Jeszcze nigdy nie ubrała się w taki sposób. Miała na sobie obcisłą, czarną, krótką sukienkę która odsłaniała skórę w strategicznych miejscach. Szpilki były w tym samym kolorze i choć były wyższe od jej poprzednich butów nie czuła dyskomfortu. Włosy zostały wyprostowane zaklęciem i sięgały teraz aż do pasa. Jej orzechowe oczy uwydatniał czarny eyeliner i burza rzęs. Usta pociągnęła bezbarwną, lekko iskrzącą pomadką o smaku wanilii.
- Wyglądasz jak milion galeonów. - powiedziała Weasleyówna z zachwytem. - Opowiesz mi jutro jak było. - dodała i zaczęła sprzątać mały salon kosmetyczny który powstał w sypialni Gryfonki.
- Jeżeli cokolwiek będzie z niego pamiętać. - mrugnęła do niej Pansy i kiwnęła głową w stronę Szatynki. - Chodźmy. -
Hermiona wzięła głęboki wdech, podziękowała serdecznie Ginny i wyszła za brunetką na korytarz. Droga do dormitorium Ślizgonów minęła w jej mniemaniu zbyt szybko, lecz cały strach zastąpił zachwyt gdy przekroczyła próg. Salon Ślizgonów był teraz jednym, wielkim parkietem na którym tańczyło już sporo par. Po bokach i za miejscem do tańca znajdowały się stoły, fotele oraz kanapy. Światło lampionów do złudzenia przypominało to z mugolskich dyskotek a i muzyka zdawała się Hermionie znajoma. Była ciekawa która z tych czystokrwistych osób znała się na klubach.
Pewnym krokiem zmierzała za Pansy w kierunku barku gdzie dostrzegła Blaisea i Draco. Gdy ujrzała swojego współlokatora poczuła jak jej serce przyśpiesza. Stał z drinkiem w dłoni ubrany w czarne spodnie i białą koszulę rozpiętą na kilka pierwszych guzików. Przeczesywał swoje jasne, półdługie włosy w których tańczyło światło lamp. Po chwili odwrócił głowę i ich oczy się spotkały. Jeszcze nigdy wcześniej Gryfonka nie poczuła tak silnego pragnienia, by znaleźć się natychmiast w jego ramionach.

~

Gdy się zjawił impreza dopiero się rozkręcała, jednak już kilkoro wojowników Whiskey zdążyło wypić kilka kolejek. Co odważniejsze dziewczyny wirowały na parkiecie a co jakiś czas dołączali do nich zachęceni i lekko podchmieleni koledzy. Draco był pod wrażeniem umiejętności organizacyjnych przyjaciela. Znalazł go przy magicznym gramofonie olbrzymich rozmiarów, obok którego stały jeszcze większe głośniki i cała masa winyli.
- Skąd masz te płyty? - zapytał Blaisea kilka chwil później.
- Obecny mąż mojej matki gustuje w mugolskiej muzyce rozrywkowej, oczywiście nie powie o tym żonie, ale zabrał mnie kilka razy do takiego klubu. Mówię ci stary, świetna impreza, a mugolki.. - rozmarzył się na chwilę chłopak, po czym kontynuował. - Poprosiłem go by zgrał mi kilka godzin tej łupanki na magiczne winyle, bo od Fatalnych Jędz już robi mi się niedobrze. - powiedział i obrócił w rękach jedną z płyt. Po chwili podeszła do nich Daphne Greengrass ubrana w granatową, koronkową sukienkę przed kolano. Swoje blond włosy zakręciła w ciasne loki więc teraz sięgały jej do ramion.
- Zatańczymy? -zapytała Dracona śmiało.
- Wybacz, ale dzisiaj nie tańczę. - odpowiedział chłodno.
- Tańczy. - wtrącił się Blaise. - Ale nie z tobą. -
- Bo niby ty tak mówisz Zabini? - zapytała zirytowana dziewczyna.
- Nie, bo tańczy ze mną. - odpowiedział i chwycił rękę Dracona za której pomocą okręcił się w miejscu parę razy.
Daphne skrzywiła się, prychnęła i odeszła w kierunku gdzie stała jej siostra z koleżankami.
- Dzięki stary. - mruknął blondyn wpatrując się w resztkę alkoholu w swojej szklance.
- Nie ma sprawy, oszczędzaj siły do tańca z nią. - odparł mulat.
- Z kim? -
- Spójrz przed siebie Smoku. -
Arystokrata zrobił tak jak kazał mu przyjaciel i w tym samym momencie ujrzał jej twarz. Sukienka która podkreślała jej bujne kształty, włosy które były niczym tafla ciemnego lustra, oczy tak ciemne niczym bezgwiezdne niebo. Odbijały się w nich tylko światła lamp. Była piękna, chociaż to stwierdzenie nie oddawało w pełni tego co teraz o niej myślał. Stał wpatrzony w nią w niczym najpiękniejszy obraz i nie umiał się ruszyć choćby o milimetr. Za to ona była coraz bliżej. Pewnym, ponętnym krokiem zbliżała się do niego a na jej roziskrzonych wargach gościł uśmiech.
- Wyglądacie jak boginie! - zachwycał się Blaise.
- Dzięki. - odpowiedziały obie.
- I jak wam się podoba? - zapytał Zabini podając dziewczynom drinki.
- Jest inaczej niż na poprzednich imprezach. - stwierdziła Pansy.
- Mugolskie kluby nocne? - zapytała Hermiona gdy upiła łyk alkoholu.
Blaise puścił jej perskie oko i zaczął komplementować sukienkę Pansy.
- Wyglądasz wspaniale.. - zaczął niepewnie Draco.
- Dziękuję, dzieło Ginny. - usmiechnęła się Gryfonka i spojrzała w bok.
Arystokrata już chciał coś dodać, gdy nagle obok nich znalazł się Terence Higgs. Od samego początku nie mógł opędzić się od adoratorek, jednak teraz jak widać znalazł chwilę spokoju.
- Cześć chłopaki, cześć Pansy, cześć.. Hermiono. Mogę tak się do ciebie zwracać? - zapytał z przyjaznym uśmiechem.
- Jasne. - odpowiedziała Gryfonka i odstawiła swojego drinka na stół.
- Może zatańczymy, jeśli nie masz nic przeciwko? - zapytał Terence na co Draco momentalnie się spiął.
Hermiona była szczerze zdziwiona. Była na imprezie dopiero od pięciu minut, a już ktoś poprosił ją do tańca. Nie żeby myślała iż ktokolwiek to zrobi, więc kiwnęła potwierdzająco głową i podała
Ślizgonowi swoją dłoń. Poszli na parkiet i to co jeszcze bardziej zdziwiło uczniów z domu Salazara od faktu iż na imprezie pojawiła się Hermiona Granger, to to iż potrafiła tańczyć i nieźle
się ruszać w rytm nieznanej im wcześniej muzyki.Jej ruchy były miękkie i seksowne. Od czasu do czasu Terence obejmował ją w pasie i zbliżał do niej całe swoje ciało. Klika metrów dalej Draco czuł
że wypełnia go ogień. Bał się że znowu rozbije szklankę więc odstawił ją na miejsce i mocno zacisnął pięści. Gdyby wzrok mógł ciskać błyskawice już dawno posłałby jedną w stronę Higgsa.
Z rozmyślań wyrwał go głos przyjaciela.
- Idź i odbij ją kretynie. -
Draco zmarszczył brwi lecz szybko się zreflektował.
- Nie wiem o co ci chodzi. - burknął.
- A mi się wydaje że doskonale wiesz. Idź i zatańcz z nią Draco, albo Terence zaraz całkiem się do niej dobierze... No chyba że ci to nie przeszkadza.. - dodał obojętnym tonem i niby od niechcenia
zaczął nalewać sobie kolejną porcję alkoholu.
Arystokrata wahał się jeszcze przez chwilę, ale gdy ujrzał jak ręka Higgsa zmierza w kierunku pośladków Hermiony niemal wbiegł na parkiet. Znalazł się obok tańczących w ułamku sekundy i położył Terencowi dłoń na ramieniu. Chłopak spojrzał na twarz młodego Malfoya i uniósł ręce do góry powoli się wycofując w kierunku grupki tańczących dziewczyn. Hermiona tańcząc tyłem do partnera niczego nie zauważyła i dopiero gdy się odwróciła by położyć tancerzowi ręce na ramionach dostrzegła że to nie Higgs przed nią stoi. Jej dłonie zdążyły już opleść szyję Dracona a on nie pozwolił jej uciec obejmując ją w pasie i przyciągając do siebie.
- Odbijany. - powiedział do jej ucha na tyle głośno by mogła go zrozumieć.
Jego ciało było tak blisko jak wtedy, gdy rozpinała mu koszulę. Pachniało tymi samymi, cudownymi perfumami z tą różnicą iż wtedy było nieruchome, a teraz poruszało się w rytm muzyki i jej własnych bioder. Tańczyli w milczeniu, nie odrywając się od siebie poza tymi momentami w których Draco obracał dziewczyną, by po chwili złapać ją w swoje silne ramiona.
Nie liczyli się teraz dla nich inni ludzie, nie dbali o dziesiątki oczu utkwione w ich sylwetki, nie myśleli że robią coś niewłaściwego. Muzyka wypełniała ich ciała i umysły, zawładnęła zmysłami.
Hermiona nie czuła skrępowania gdy Draco przejechał dłońmi po jej biodrach, a później policzkiem po jej szyi. Chwyciła go mocniej i przysunęła jeszcze bliżej. Pragnęła znaleźć się teraz w zupełnie
innym miejscu. Miejscu bez tych wszystkich ludzi. Gdy kolejny utwór dobiegł końca zatrzymali się na chwilę by wziąć głębszy wdech.
- Napijesz się? - zapytał Draco nie puszczając jej ręki.
Gryfonka skinęła głową i dała się poprowadzić do barku. Czuła jak serce puchnie jej od nadmiaru radości, nie chciała by ten wieczór kiedykolwiek się skończył.
Gdy wypili kilka drinków Hermiona zapytała Dracona gdzie znajdują się łazienki. Chłopak chwycił jej dłoń i pociągnął za sobą w ciemny korytarz mówiąc że sam też musi skorzystać.
Kilka chwil później szatynka wyszła z łazienki i gdy tylko zamknęła za sobą drzwi, poczuła jak ktoś ciągnie ją w głąb korytarza po czym mocno do siebie przyciska.
- Nie bój się, to ja. -
Głos Dracona skutecznie ją zrelaksował. Opierała się całym ciałem o jego tors jedną rękę trzymając na jego ramieniu, a drugą wplatając mu w place.
- Zatańczmy tutaj. - zamruczał i zachwiał się lekko.
Muzyka nawet w tym ciemnym korytarzu była niesamowicie głośna, więc Hermiona przytaknęła i z powrotem zaczęła się poruszać w jej takt. Tym razem dotyk Malfoya zrobił się jeszcze śmielszy.
Hermiona nagle poczuła jego wargi na swojej szyi. Całe jej ciało zadrżało z rozkoszy. Pragnęła tego już od dawna, jednak teraz, otoczona muzyką, alkoholem i jego ciepłym oddechem poczuła dziką rozkosz.
Jednak jakaś część jej świadomości nie przyćmiona przez procenty dawała znać że są na imprezie pełnej ludzi, dodatkowo stoją w korytarzu prowadzącym do łazienek. Gryfonka niechętnie przerwała delikatne pieszczoty Ślizgona.
- Poszukajmy Blaisea. - powiedziała po czym spojrzała w lekko nieprzytomną już twarz blondyna.
Objęła go w pasie i razem z coraz cięższym Draconem odszukała jego przyjaciela.
- Blaise, on ma już dosyć, odprowadzę go do dormitorium. - powiedziała i uśmiechnęła się w kierunku Pansy.
- Pomóc ci? - zapytał mulat.
- Niee, dam sobie radę, w razie czego wylewituję go na łóżko. -
- W porządku, dzięki że przyszłaś Hermiono. -
- Było ekstra, mam nadzieję że jeszcze kiedyś mnie zaprosicie. - powiedziała po czym pocałowała i Blaisea i Pansy na pożegnanie w policzek.
Gdy zniknęła za drzwiami Blaise z triumfem na twarzy spojrzał na brunetkę, która dotknęła miejsca po pocałunku Hermiony.
- Uroczo, czyż nie? -
Pansy szybko spoważniała.
- Widziałeś go, ledwo stał na nogach, pewnie jutro niczego nie będzie pamiętał. -
- To mu przypomnę. - uśmiechnął się Blaise i wyciągnął z kieszeni niewielki mugolski aparat fotograficzny. - Zatańczymy? - zapytał wyciągając w jej kierunku dłoń.
Dziewczyna podała mu rękę i już po chwili tańczyli obok siebie od czasu do czasu obejmując się mocno.

*

Położenie Dracona do spania nie było takie proste jak się spodziewała. Chłopak wręcz padł na łóżko w pełnym rynsztunku i żadne tłumaczenia ani prośby nie działały.
Świadomość chłopaka dosłownie odpłynęła w niebyt. Zmęczona, sama lekko wstawiona po kolei ściągała mu części garderoby, aż w końcu został w samych bokserkach. Przykryła go kołdrą i na chwilę zatrzymała się pochylając nad nim swoją twarz. Mogła go teraz pocałować, tak jak od dawna pragnęła, jednak wiedziała że byłoby to z jej strony niewłaściwe. Zanim jednak wyszła złożyła krótki
pocałunek na jego odsłoniętej szyi. Resztkami świadomości zmyła makijaż i założyła piżamę na lewą stronę. Zasnęła niemal natychmiast po przyłożeniu głowy do poduszki. Sen miała twardy i nieprzytomny.
Nie usłyszała jak po kilku godzinach ktoś wchodzi do jej pokoju i kładzie się obok niej na łóżku strącając przy okazji kota.











sobota, 15 lipca 2017

Rozdział 6.

Szósty rozdział! Mam nadzieję, że będzie się Wam podobał tak jak poprzednie :) Miłej lektury!


*~~~~~~~*~~~~~~~*

"Umierasz, jeżeli umierają twoi bogowie. Bo żyjesz dzięki nim. A żyć możesz tylko dzięki temu, za co mógłbyś umrzeć." - Antoine de Saint-Exupéry,Mały Książę.


*


Obudził się wyspany i wypoczęty. Blade światło sobotniego poranka wypełniło komnatę i powoli zakradało się we wszystkie kąty. Wstał niespiesznie i otarł ręką twarz. Spojrzał na magiczny zegar który wskazywał siódmą trzydzieści. Nie wiedział czemu, ale od wielu dni budził się wcześniej niż było to potrzebne. Cichym krokiem wyszedł z pokoju i bezszelestnie zamknął za sobą drzwi do łazienki. Nie chciał niepotrzebnie budzić współlokatorki. Wiedział, że pewnie jak każdej nocy siedziała nad pergaminami do bladego świtu. Wspomniał w myślach tamto niezwykłe wydarzenie i poczuł ciepło na wysokości serca. Od pamiętnego lotu minęły już trzy tygodnie, nastał zimny i deszczowy październik, jednak on czuł coś na kształt radości. Od tamtej nocy, gdy wraz z Gryfonką wzbił się w niebo na hipogryfie, jakieś światło nadziei i wybaczenia nie pozwalało mu na powrót zatopić się w letargu sprzed kilku tygodni. Latanie na miotle znów sprawiało mu radość, treningi nie były nudnym, irytującym obowiązkiem lecz pełnym pasji wyzwaniem. Odwiedził kilkakrotnie Blaisea w lochach Slytherinu i przekonał się że wiele osób wciąż czekało na niego i z radością powitało go w starych włościach. Kilka razy w tygodniu wraz z Gryfonką wciąż ćwiczył zaklęcie patronusa, które z każdym dniem nabierało siły. Codzienne patrole też w pewnym sensie sprawiały mu przyjemność. Dyskutowanie z kasztanowłosą było prawdziwym wyzwaniem. Dziewczyna miała olbrzymią wiedzę i broniła swoich racji niczym najprawdziwsza lwica, jednak umiała przyznać mu rację, gdy prawda leżała po jego stronie. Coraz bardziej przekonany do swojej współlokatorki nie marudził gdy ta oznajmiła mu, że razem będą się składać na małe jury w sprawie ról do "Romea i Julii". Przesłuchanie w sprawie przedstawienia w końcu wyłoniło pełną obsadę i tak jak się spodziewał rolę Julii otrzymała Astoria Greengrass, która o dziwo płynnie i wyraźnie zarecytowała wersy podczas castingu. Blaise otrzymał rolę Merkucja, Pansy Pani Capuleti, Harry Potter Tybalta, a  Martą – opiekunką Julii została Padma Patil. Ku zdziwieniu Hermiony i Dracona na przesłuchaniu stawił się Neville, który w końcu został Ojcem Laurentym. Draco na samą myśl że Longbottom będzie grał średniowiecznego księdza parsknął pod nosem. Rolę Escalusa, księcia panującego w Weronie otrzymał Cormac McLaggen który pod koniec przesłuchań wparował do Sali Pamięci i oznajmił że nikt nie nada się do tej roli lepiej niż on. Hermiona niechętnie przyznała mu tę rolę ale zagroziła, że jeżeli nie przyłoży się na próbach to wywali go z obsady na zbity pysk. Ślizgon lubił momenty w których kasztanowłosa pokazywała pazurki. Jej orzechowe oczy zaczynały wtedy ciskać iskry, a ton zdradzał fakt że nie znosiła sprzeciwu. Był przekonany że tak jak on lubiła stawiać na swoim, jednak w przeciwieństwie do niego potrafiła iść na kompromisy i poświęcać się dla innych. Przejrzał się w lustrze i podwinął rękawy od swojej czarnej koszuli. Dopiero po chwili dotarło do niego co zrobił. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Radość poranka szybko się ulotniła. Stalowo szare oczy znów zalśniły chłodem. Choćby nie wiadomo jak był szczęśliwy ta jedna, jedyna rzecz nie dawała mu w pełni cieszyć się życiem. Mroczny Znak wydał mu się jeszcze większy i ciemniejszy niż zwykle. Wiedział że to jego wyobraźnia, ale nie mógł pozbyć się wrażenia że owe znamię woła go za każdym razem gdy na nie spojrzy. Szybko pociągnął rękaw w dół by nie musieć przyglądać się mu więcej i wyszedł pośpiesznie z łazienki.
- Ouch! -
Draco poczuł że odbija się od czegoś miękkiego. Spojrzał w dół i ujrzał jak Hermiona zatacza się w miejscu i traci równowagę.
- Przepraszam. - powiedział i chwycił ją za ramię stawiając do pionu.
- Nic nie szkodzi. Ty już na nogach? - zapytała. - Dopiero ósma. -
- Idę na śniadanie, może zastanę tam Blaisea, popołudniu mamy trening. - odpowiedział puszczając jej rękę.
- Tak wiem, Harry narzekał że ostatnio coś często zajmujecie boisko. - Hermiona uśmiechnęła się szeroko.
- Nie nasza wina że Potter i jego świta są tak słabi że każdy trening jest u nich na wagę złota. - powiedział siląc się na wyniosłość, jednak pewna nuta w jego głosie zdradzała rozbawienie.
Hermiona teatralnie przewróciła oczami i otworzyła drzwi do łazienki.
- Może wpadnę was zobaczyć. - powiedziała zanim weszła do środka.
- Jako szpieg Gryffindoru, czy jako fanka? - zapytał blondyn łobuzersko.
- Oczywiście że jako szpieg. - odpowiedziała szatynka po czym zaśmiała się cicho i zamknęła za sobą drzwi.

*

Nienawidziła dni wolnych. Miała wtedy za dużo czasu na myślenie, a większość myśli była bolesna i według jej opinii całkowicie zbędna. Wciąż leżąc na plecach  odsunęła kotarę odgradzającą ją od pozostałych koleżanek a jej oczy zaatakowało jasne światło. Skrzywiła się lekko i zmrużyła oczy. Słyszała miarowe oddechy Milicenty Bulstrode i Daphne Greengrass, więc przypuszczała że w przeciwieństwie do niej wciąż jeszcze śpią. Cicho, niczym kot zeszła z łóżka, wzięła z szafy ubranie, różdżkę i kosmetyczkę i wyszła do łazienki dziewczyn Slytherinu. Po porannej toalecie zaklęciem przetransportowała pidżamę do sypialni i weszła do salonu. Przy kominku siedział Blaise Zabini. Czarnoskóry chłopak wpatrywał się w ogień i nawet nie zauważył gdy dziewczyna stanęła tuż obok niego. Dopiero zapach jej perfum sprawił że odwrócił głowę.
- Pansy. - powiedział i w końcu się odprężył. - Dzień dobry. -
- Dzień dobry. - odpowiedziała siadając naprzeciwko niego w bliźniaczym fotelu.
Nic nie musieli mówić, milczenie między nimi nie było krępujące. Każde z nich wiedziało że jeżeli to drugie ma coś do powiedzenia, to w końcu to powie. Pansy wyciągnęła różdżkę i zaklęciem przywołała swój egzemplarz scenariusza.
- Chcesz się dzisiaj uczyć roli? - zapytał ją Blaise unosząc brew.
Brunetka wzruszyła ramionami i przewertowała strony w poszukiwaniu swojej kwestii.
- Nie ma jej zbyt wiele, a przynajmniej Granger nie będzie skakać mi jutro do gardła tak jak Daphne za to, że jeszcze nie znam jej na pamięć. - odpowiedziała.
Chłopak uśmiechnął się pod nosem.
- Ma temperament, nie ma co. - przyznał.
Pansy spojrzała na niego z ukosa.
- Lubisz ją. - stwierdziła.
- Lubię. - przyznał i spojrzał na swoją przyjaciółkę. - Ale to wciąż Gryfonka. - dodał i uśmiechnął się pod nosem. Ślizgonka po chwili rzuciła w jego kierunku rękopisem i wraz z chłopakiem w sąsiednim fotelu wybuchnęła śmiechem.

*

Dzień był zimny nawet jak na początek października. Z racji iż była sobota, zamiast szkolnej płachty założyła dopasowany, rozkloszowany płaszcz ogrzewany z wewnętrznej strony w kolorze butelkowej zieleni. Uważała że w takim stroju mniej będzie się rzucać w oczy niż w barwach Gryffindoru. Była jednak w błędzie, gdyż w eleganckim płaszczu, czarnych rajstopach i ciemnobrązowych botkach wyglądała wręcz zjawiskowo. Jej długie, lekko pofalowane włosy tańczyły na wietrze i co jakiś czas niesforny kosmyk opadał jej na twarz. Trybuny świeciły pustkami, lecz gdzieniegdzie można było dostrzec kilku uczniów z domu węża, w tym siostry Greengrass, Pansy Parkinson, czy kilkoro chłopaków lubiących oglądać treningi swoich reprezentantów. Gdy zajęła miejsce w sektorze Slytherinu poczuła na sobie wzrok garstki ludzi którzy również tam siedzieli. W myślach błagała Merlina by darował jej ten wybryk i nie skazywał na wieczny ostrzał palącego wzroku Ślizgonów. Kątem oka zauważyła że Daphne wstaje i zamierza iść w jej kierunku. Gryfonka zaklęła pod nosem, lecz nagle ktoś stanął pomiędzy nią a zmierzającą w jej stronę siostrą Greengrass.
- No, no Granger. Nie myślałam że stać cię na taką odwagę by wejść na sektor Ślizgonów. - Pansy stała naprzeciwko niej a w rękach trzymała kubki z parującym płynem.
Hermiona na chwilę straciła głos, lecz wdzięczna iż to ona a nie blond włosa Greengrass uśmiechnęła się niepewnie.
- Powiedziałam Malfoyowi że wpadnę, ale to chyba był błąd. - dodała widząc minę Daphne która właśnie wróciła na swoje miejsce.
- Naprawdę myślałaś że ten zielony żakiecik coś ci da? - brunetka ruchem głowy wskazała na płaszcz Gryfonki. Szatynka zarumieniła się lekko.
- Myślałam że nie będę się tak rzucać w oczy w zielonym.. -
- Phi. - prychnęła Pansy. - Mniej rzuciłabyś się w oczy w szatach Gryffindoru. Wszyscy się na ciebie gapią, łącznie z tymi durniami. - powiedziała i spojrzała w stronę boiska.
Rzeczywiście, zawodnicy drużyny węża korzystając z chwili przerwy wymieniali między sobą uwagi co do nowo przybyłej dziewczyny. Draco wyglądał za to na niezadowolonego i trzymał się na uboczu a Zabini studiował właśnie jakiś pergamin.
- Trzymaj. - powiedziała Pansy podając Hermionie jeden z kubków. - Miało być dla Blaisea, ale będzie musiał obejść się smakiem. -
- Dziękuję. - Hermiona z prawdziwą wdzięcznością odebrała od dziewczyny gorące naczynie i ostrożnie wzięła pierwszy nieśmiały łyk. Słodka, gorąca, mleczna czekolada rozpłynęła jej się w ustach a  zziębnięte ciało wypełniło przyjemne ciepło. - Pyszne. - powiedziała bardziej do siebie.
- Gorąca czekolada z Miodowego Królestwa. - Pansy także napiła się ze swojego kubka. - Nigdy wcześniej nie piłaś? - zapytała, na co Gryfonka zaprzeczyła ruchem głowy. - Żałuj. W sezonie jesienno-zimowym cały Slytherin pije to hektolitrami. - dodała.
- A nie Ognistą Whiskey? - Hermiona nie kryła zdziwienia.
Pansy spojrzała na nią zaskoczona po czym uśmiechnęła się krzywo.
- Nie porównuj całego Slytherinu do Dracona i Blaisea, Granger. -
- Przepraszam. - powiedziała cicho Gryfonka. Nie chciała zniszczyć tej chwili. Akt dobroci ze strony Ślizgonki był dla niej czymś nowym. Jeszcze nigdy nie zamieniły ze sobą więcej niż dwóch słów, a teraz toczyło się między nimi coś na kształt rozmowy.
- Wiem że te dwa oszołomy wyrobiły nam opinię, ale uwierz, że przez większość czasu w naszym dormitorium jest cicho i spokojnie, żeby nie powiedzieć nudno. - powiedziała Pansy i spojrzała w kierunku swoich przyjaciół którzy wznowili trening i teraz niczym zielone smugi przemykali obok nich w powietrzu. - Blaise cię lubi. - dodała a Hermiona spojrzała na nią zaskoczona. - I Draco chyba też. -
- Ja.. Ja też ich lubię. Jako kolegów. - powiedziała zmieszana. Nie wiedziała co myśleć o tym stwierdzeniu, jednak Ślizgonka nie ciągnęła dalej tego tematu. W milczeniu oglądały trening popijając gorącą czekoladę. Po godzinie Blaise ogłosił koniec treningu, więc większość zawodników skierowała się wprost do szatni jednak Zabini i Malfoy podlecieli pod trybuny i wciąż siedząc na miotłach unosili się ponad murawą.
- Cześć dziewczyny. - rzucił Blaise i uśmiechnął się szeroko. - Gdzie moja czekoladka? - zapytał i potarł ochoczo ręce.
- Tutaj. - Pansy ze złośliwym uśmieszkiem wskazała mu dwa puste kubki stojące na balustradzie. Zabini zrobił obrażoną minę.
- Jesteście bez serca! My tutaj marzniemy, wyciskamy z siebie siódme poty na tym chłodzie, a wy wypijacie nam czekoladkę! - jęknął i nadął się teatralnie.
- Już nie marudź Blaise. Jak wrócimy do zamku zrobię ci nową. - powiedziała Pansy.
- I może jeszcze coś ekstra w ramach rekompensaty? - zapytał łobuzersko, na co Pansy wyciągnęła różdżkę.
- Łoo kobieto ja tylko żartowałem! - zaśmiał się w panice i uniósł ręce do góry w geście poddania.
Hermiona uśmiechnęła się i spojrzała na lewitującego obok blondyna. Patrzył na nią przyjaźnie i tak jak ona zaśmiał się z przekomarzań swoich przyjaciół. Patrzyli tak na siebie przez moment lecz po chwili oboje odwrócili od siebie wzrok.
- Wracacie do zamku? - zapytał Blaise.
- Tak, zaraz lunie. - odpowiedziała Pansy i z niezadowoleniem spojrzała w niebo.
- Podrzucimy was. Wskakujcie. - Zabini obrócił się w miejscu tak by Pansy mogła wejść na miotłę zaraz za nim. Dziewczyna szybko, bez krępacji i z wdziękiem wspięła się na barierkę i po chwili zajęła miejsce za Blaisem. Hermiona czuła że zaczyna ogarniać ją strach.
- Ja się przejdę. - powiedziała z paniką w głosie.
- Nie żartuj. - odezwał się arystokrata. - Tak będzie szybciej. - dodał.
- To nic, spacer dobrze mi zrobi. - odpowiedziała uparcie.
- I jeśli podczas tego spaceru spadnie deszcz, zniszczy ten piękny płaszcz. - wskazał na nią dłonią. - Ładnie ci w nim. -
Hermiona poczuła ciepło na policzkach. To nie był jej pierwszy komplement w życiu. Mimo wszystko słyszała ich całkiem sporo. Niektóre były od Rona, inne od Wiktora Kruma lub od Cormaca McLaggena, chociaż te ostatnie były jak dla niej zbyt śmiałe. Jednak pierwszy raz w życiu zareagowała w ten sposób na komplement i to płynący z ust Ślizgona. Bała się latać na miotle, szczerze tego nie znosiła i gdyby chodziło tylko o to pewnie po chwili machnęłaby ręką i usiadła zaraz za arystokratą, lecz od pewnego czasu czuła coś co zaczęło ją przerażać. Jego głos, który rozpoznałaby już pewnie wszędzie. Oczy, w których odbijało się zmienne światło dnia i wieczoru, niejednokrotnie przeszywające ją na wylot. Dłonie, których przypadkowy dotyk pamiętała. Zapach jego perfum wypełniający łazienkę i salon z rana. Oraz ten jeden, jedyny pocałunek w policzek który dla niego był po porostu wyrazem wdzięczności, niczym więcej. To wszystko od tygodni zaczynało powoli wypełniać jej głowę, a fakt ten przygniatał ją niczym półtonowa dynia Hagrida.
Draco widział panikę i lęk w oczach Gryfonki. Pochylił się nad barierką i ku zdziwieniu przyjaciół, niemal dotykając skóry szatynki szepnął jej do ucha
- Chyba się nie boisz Granger? Miotła to nic przy hipogryfie. - powiedział po czym wrócił do poprzedniej pozycji.
W Hermionie zamarło serce. Wzmianka o Hardodziobie nie wywarła na niej wrażenia, jednak jego niespodziewana bliskość wytrąciła ją z równowagi. Znów będzie mogła usiąść obok niego choćby na chwilę. Znów bez wstydu będzie mogła spleść ręce wokół jego ciała. Ta myśl wygrała z rozsądkiem i strachem. Weszła na barierkę nie do końca wiedząc co robi i nagle poczuła że traci równowagę. Pośliznęła się i wypadła za poręcz trybuny. Nawet nie krzyknęła, szok i strach dosłownie ją zakneblowały. Podczas tych wszystkich okropnych przygód z Harrym i Ronem niejednokrotnie darła się wniebogłosy, a teraz milczała lecąc w dół niczym szmaciana lalka.
Draco zareagował natychmiast. Ruszył za nią w ułamku sekundy. Nie słyszał krzyków Blaisea ani Pansy którzy coś do niego wywrzaskiwali. Nie miał nawet czasu pomyśleć. Przerażony pikował w dół zmuszając swoją miotłę by przyśpieszyła lot i wyprzedziła Gryfonkę. W ostatniej chwili pochwycił ją obiema rękami i zatoczył koło. Powoli wznosili się ku górze, a roztrzęsiona dziewczyna chowała twarz w jego ramionach. Słyszał jak cicho pochlipuje mu w ramię.
- Już dobrze. - powiedział choć jego głos również drżał od emocji. Po chwili obok znalazł się Blaise z Pansy która była blada jak papier.
- Kretynie! - zaczął wściekły Zabini. - Dlaczego nie użyłeś różdżki?! Różdżka Draco, zapomniałeś że ją masz?! -
- Blaise, spokojnie. - brunetka położyła mu rękę na ramieniu co trochę pomogło uspokoić się chłopakowi.
Draco przymknął oczy. Jak mógł być taki głupi. Jedno szybkie zaklęcie zwalniające lub lewitujące i byłoby po sprawie. Dopiero teraz dotarło do niego jak bardzo zaryzykował rzucając się Gryfonce na ratunek. Hermiona otarła twarz i odwróciła twarz w stronę Blaisea.
- Nie krzycz proszę. To nie jego wina. - powiedziała łamiącym się głosem. - Przepraszam. - dodała patrząc na swojego wybawcę który przyglądał się jej wciąż trzymając ją w ramionach. - Dziękuję. -wyszeptała a po jej policzkach znów spłynęły łzy.
- Cóż, dobrze że nic wam się nie stało. - powiedział w końcu Zabini przerywając ciszę. - Wracajmy do zamku. - dodał i ruszył w stronę szkolnych murów.
- Jestem głupia, zawsze to powtarzałeś. -
Draco usłyszał głos Gryfonki i spojrzał na jej zapłakaną twarz.
- Niezdarna, ale na pewno nie głupia. - stwierdził. - Usiądź okrakiem na miotle, tak będzie wygodniej. -
Hermiona powoli i ostrożnie wykonała polecenie arystokraty. Draco szybko oplótł ją ramionami i chwycił rączkę miotły tak by zamknąć Gryfonkę w swoim uścisku. Nie leciał zbyt szybko, wiedział że dziewczyna ma dość wrażeń jak na jeden dzień i lepiej by było by nie dostarczył jej kolejnej porcji stresu przez szaleńczy pęd na miotle. 
Chłód łagodził jej opuchnięte od płaczu powieki. Zimny wiatr wypędzał z głowy złe myśli a bliskość Ślizgona dodawała otuchy. Przerażenie zmieniło się w spokój, a strach przed lataniem w przyjemne doznanie. Czuła jego silne ramiona wokół siebie i przymknęła oczy. Otworzyła je dopiero gdy poczuła jak jedna z jego dłoni oplata ją w pasie. Nie zaprotestowała. Pomyślała że mogłaby tak lecieć trochę dłużej, jednak lot jak szybko się zaczął tak też i szybko się skończył. Wylądowali przy głównym wejściu gdzie czekali już na nich nie tylko Blaise i Pansy, ale także Ginny z Luną i Hanną Abbott.
Hermiona poczuła jak Draco zabiera swoje ręce pozwalając je zejść. Odwróciła się w jego stronę i uśmiechnęła się delikatnie.
- Dziękuję. Podobało mi się. -
Blondyn kiwnął głową i ponownie wzbił się w powietrze. Gryfonka odprowadziła jego i Blaisea wzrokiem, a gdy odlatywali poczuła że ogarnia ją dziwny smutek.
- Miona! - Hermiona odwróciła się w kierunku biegnącej w jej stronę Ginny, Luny i Hanny. - Więc jednak poszłaś na trening Ślizgonów. Ron powiedział że jeżeli naprawdę to zrobiłaś to później musisz zdać mu raport. - zaśmiała się ruda.
- Niestety będę musiała go zawieść, nic nie byłam w stanie dostrzec. Są za szybcy. - uśmiechnęła się szatynka. - Coś się stało Ginny że mnie szukałyście? - zapytała.
- Och tak! - Ginny aż zapiszczała z radości. - Suknia Julii i strój Romea są już gotowe, musisz je zobaczyć! Luna to prawdziwa artystka. -
- Dziękuję za te słowa. - odezwała się Krukonka i włożyła do ust cukierka którego wyciągnęła z kieszeni szaty.
- Stroje są w wieży Gryffindoru. Mieszkam teraz sama w dormitorium szóstej klasy więc służy nam też za garderobę. - powiedziała Ginny pełna emocji.
Cztery dziewczyny wspięły się po schodach i po chwili zniknęły za murami zamku.

*

Próba trwała już dobrą godzinę, jednak cierpliwość Hermiony powoli się kończyła. Większość osób starała się grać na poważnie, jednak częste wygłupy Rona, wieczne niezadowolenie Daphne Greengrass i zarozumiałość Cormaca McLaggena zaczynały porządnie działać jej na nerwy. Gdy Cormac kolejny raz głośno wyraził swoją opinię iż jego postać powinna mieć więcej do powiedzenia i być ważniejsza niż chociażby Ojciec Laurenty, a Ron ponownie zareagował śmiechem na żart Zabiniego, Gryfonka wydarła się na całą salę i zagroziła wszystkim różdżką.
- Na Merlina! Czy nie możecie przez pięć minut skupić się na przedstawieniu?! - wrzasnęła. - Też nie chcę spędzić tutaj całej niedzieli więc ostatni raz was proszę, przestańcie się wygłupiać... Albo pójdę po panią dyrektor, może jej obecność dobrze na was wpłynie. -
Wszyscy momentalnie zamilkli.
- A może to twoja wina Granger? - zapytała Daphne leniwie opierając się o jedną ze ścian. - Wszystkimi dyrygujesz, nie odgrywasz żadnej roli, jedyne co robisz to nas pouczasz. Może sama spróbuj zagrać, co? - wyprostowała się i podeszła do stojaka na którym wisiały stroje zrobione przez Lunę, Ginny i Hannę. Delikatnie wzięła materiał jednej z sukni między palce, po czym go puściła.
- O co ci chodzi Daphne? - zapytała Hermiona podirytowanym głosem. Miała nadzieję że po ich ostatniej sprzeczce Ślizgonka będzie unikać konfliktów, widocznie jednak minęła już odpowiednio długa ilość czasu by blondynka znów zapragnęła iść z szatynką na wojnę.
- O nic. - Daphne wzruszyła ramionami. - Chociaż nie... - dodała. - Po co przylazłaś na trening Ślizgonów? Szpiegujesz? -
- Co? Wcale nie. - Hermiona zmarszczyła brwi.
- Nie powiedziałaś swoim kumplom jakiej taktyki używa teraz nasza drużyna? - zapytała Greengrass.
- Nie. - powiedziała dobitnie Gryfonka. - Nie znam się na quiddichu, więc nawet gdybym chciała to nie mogę nic im powiedzieć. A nawet gdybym mogła, to bym nie powiedziała, bo to nieuczciwe. -
- Ha! Nieuczciwe! - zaśmiała się Daphne. - A uczciwym jest fakt że ty, znowu ty jesteś Prefektem Naczelnym, znowu tobie przydzielono dowodzenie i znowu ty, na Salazara, masz nad nami władzę! To już się robi nudne! Nie urodziłam się po to by wysłuchiwać rozkazów od szlamy!-
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować w sali rozległ się krzyk.
- Nie nazywaj jej tak! -
Wszyscy zwrócili się w kierunku Astorii, która z wypiekami na twarzy wpatrywała się w swoją zaskoczoną siostrę.
- Nie nazywaj jej tak Daphne. Proszę. - dodała cicho i spuściła wzrok. 
Nikt się nie odezwał. Jedynie blondynka po chwili rzuciła krótkim "Jak chcesz" i usiadła na jednym z drewnianych krzeseł. Hermiona otrząsnęła się szybko i wznowiła próbę co wszyscy przyjęli z ulgą. Gryfonka ukradkiem spojrzała na młodszą z sióstr Greengrass. Nigdy z nią nie rozmawiała, tak naprawdę pierwszy raz w życiu usłyszała jej głos dopiero podczas castingu. Nie znała tej dziewczyny i nie wiedziała czego może się po niej spodziewać. Była zadowolona z faktu iż Astoria szybko nauczyła się dosyć obszernego tekstu Julii i na próbach przykładała się do odgrywania roli.
Właśnie nadszedł moment spotkania Romea i Julii podczas balu. Hermiona całkowicie zmieniła koncepcję pierwszego spotkania kochanków, by był bardziej wiarygodny i przystępny dla odbiorców.
Draco przebrał się w strój średniowiecznego rycerza i udawał że przechadza się po sali balowej między tańczącymi gośćmi (których mieli zagrać ochotnicy z klas piątych i szóstych wyłonieni podczas castingu), gdy nagle się zatrzymał obok samotnej dziewczyny w delikatnej białej sukni, wyszywanej srebrną nicią i małymi perełkami. Z tyłu usztywniana kokarda wyglądała niczym delikatne skrzydła motyla iskrzące się jak małe diamenty. Długie włosy Astorii były luźno upięte. Podczas prób Hermionie nie zależało na porządnej charakteryzacji.
- Dlaczego tak piękna niewiasta nie tańczy? - zapytał Romeo wciąż patrząc w tłum. - Jaka to szkoda, że tak wspaniały diament nie ma szansy dzisiaj rozbłysnąć. -
Julia uśmiechnęła się blado i odpowiedziała nieznajomemu niespiesznie.
- Wiele diamentów jest dziś na tej sali i wszystkie błyszczą najpiękniej. - dodała.
- Lecz jestem pewien że jeden przyćmiłby je wszystkie. - spojrzał z delikatnym uśmiechem na dziewczynę i wyciągnął ku niej swą dłoń. - Czy pozwolisz? - zapytał.
Po chwilowym wahaniu Julia podała rękę kompanowi i objęta przez niego w pasie pozwoliła się prowadzić w rytm spokojnej, nastrojowej muzyki. Na razie Draco i Astoria musieli obejść się bez orkiestry, jednak już niebawem profesor Flitwick, który zgodził się wraz ze swym chórem stworzyć muzykę dla przedstawienia miał uczestniczyć w próbach. Romeo i Julia przestali wirować i niezauważenie wymknęli się do ogrodu. Usiedli na jednej z ławek stojącej między krzewami róż.
- Piękna noc. - zauważył Romeo. - Lecz przy twej urodzie mógłbym zwać ją brzydką. - dodał.
Julia zachichotała.
- Wszystkie panny raczysz tak pięknymi słowy? -
- Co do jednej! - zażartował. Julia na chwilę zamilkła po czym zaśmiała się w głos.
- Twoja szczerość Panie mnie zdumiewa. - spojrzała na Księżyc i po chwili dodała przyciszonym głosem. - Pełnia.
- Jak co miesiąc. - dodał Romeo również spoglądając na srebrny glob.
- Zmienny niczym uczucie. - powiedziała dziewczyna.
- To znaczy? -
- Uczucie męża do niewiasty niczym ta kula jest zmienne. Raz pełne, gorące i żywe, po chwili zaś cienkie i nikłe niczym sierp Księżyca.
- Muszę się z tym nie zgodzić. Ja kochać potrafię! -
- Nie przeczę. - uśmiechnęła się Julia. - Tylko na jak długo? -
Romeo uśmiechnął się lekko.
- Jak masz na imię? -
- Czy to ważne? - zapytała Julia przenosząc na niego swój wzrok.
Po chwili milczenia Romeo odpowiedział
- Nie. -
Nagle rozległ się miły i melodyjny głos Parvati Patil która odgrywała rolę narratora.
"Siedzieli tak w blasku Księżyca i rozmawiali na różne tematy poznając się wzajemnie, aż w końcu bal zbliżał się ku końcowi. Godzina rozstania wybiła zbyt szybko i wciąż tylko jedno pytanie zostało bez odpowiedzi. Jak brzmi twoje imię?"
- Powiedz mi proszę. - odezwał się Romeo gdy ucichł głos narratora.
- A czy ty zdradzisz mi swoje? - zapytała
Chłopak potwierdzająco kiwnął głową.
- Więc zdradź mi je pierwszy. - nalegała.
- Romeo Monteki. - odpowiedział.
Twarz dziewczyny natychmiast stężała. Wstała i odsunęła się od niego kilka kroków.
- Nie, nie.. - szeptała.
Zaskoczony chłopak również uniósł się z miejsca i powoli kroczył za dziewczyną.
- Co się stało? - zapytał.
- Nic. Iść już muszę, zaraz Marta szukać mnie zacznie. - powiedziała Julia a w oczach stanęły jej łzy. Hermiona była pod wrażeniem faktu iż Astoria umie je przywołać na zawołanie.
- Marta?
- Mamka moja najdroższa. -
- Rozumiem, powiedz jednak co się stało. - nalegał chłopak wyciągając ku dziewczynie swą dłoń.
- Przekleństwo. - powiedziała dziewczyna łamiącym się głosem. - Prawdziwe przekleństwo iż tak dobrym kompanem dzisiejszego wieczoru okazał się Romeo Monteki!
- Dlaczego? -
- Gdyż ja... Julia Capuleti mam na imię, a tyś mój największy wróg! - dodała z bólem. - Lecz dzisiaj w tobie wroga dostrzec nie umiałam. Za to innym uczuciem zaczęłam cię darzyć... Tak różny od tych co wcześniej poznałam i co ojciec mój drogi na męża mi daje.. Odejdź i więcej nie wracaj, bo cię zabiją lub do lochów wtrącą. -
Romeo podszedł do dziewczyny i chwycił ją pod brodę tak by spojrzała mu prosto w oczy.
- Nie straszne mi ni lochy ni śmierć. A imię twoje, o Julio, najdroższym mi będzie. - po czym złożył na ustach dziewczyny tak delikatny pocałunek, jakby wcale go nie było. Prawdę mówiąc Draco jedynie musnął sztywnymi ustami kącik ust Astorii - Wieczorem przyjdę, wypatruj mnie miła. -
Zapadła cisza, Hermiona dopiero po chwili zorientowała się iż wszyscy czekają na jej komendę.
- Świetnie, koniec sceny! Na dzisiaj to wszystko! - krzyknęła i zbyt szybkim ruchem próbowała włożyć scenariusz do torby przez co wyśliznął jej się z ręki i upadł na ziemię. Zanim jednak się po niego schyliła ktoś już po niego sięgał.
- Dziękuję. - powiedziała trochę zbyt szorstko gdy Draco podał jej scenariusz. Wszyscy powoli zaczęli się rozchodzić lecz Hermiona niemal wybiegła z sali. Pędziła korytarzami nie zwracając uwagi na patrzących na nią uczniów. Była zła na siebie za to że w ogóle pozwoliła sobie na takie myślenie. Gdy Draco niemal pocałował Astorię poczuła w sobie coś okropnego. Nie była to zwykła zazdrość. Kiedyś już ją poznała. Dawno temu, gdy Lavender Brown chodziła z Ronem i na każdym kroku dobitnie to okazywała wręcz pożerając się z nim ustami, czuła zazdrość. Ale teraz... teraz nie była tylko zwyczajnie zazdrosna. Miała ochotę oderwać Astorii głowę a najchętniej rzucić w nią Avadą. Ta myśl zmroziła całe jej ciało. Harry kiedyś jej się zwierzył, że poczuł kilkakrotnie chęć mordu. Jednak nie towarzyszyła mu ona z tak błahego powodu. Nie mogła uwierzyć jakie emocje nią zawładnęły. Wiedziała że z jej strony to wszystko zaszło już za daleko. - Przecież to Malfoy. - pomyślała wchodząc do swojego pokoju i zatrzaskując drzwi. - Już zapomniałaś jak bardzo tobą pogardzał? Jak miał cię za nic? - beształa się w myślach. - Nie za czarownicę, nawet nie za człowieka, tylko za zwykłą, brudną szlamę!- opadła na łóżko i zakryła twarz rękami. - Nieprawda.. - dodała po chwili. - Nie do końca... A na pewno nie od ostatniego czasu. - otarła dłonią łzy i utkwiła wzrok w suficie. Przecież nie mogła zakochać się w Malfoyu. W każdym, tylko nie w nim... Jednak znała się zbyt dobrze by mogła siebie oszukać. Ślizgon posiadał cechy które ją przyciągały. Był oczytany i piekielnie inteligentny, zdolny i uparty gdy wyznaczył sobie jakiś cel, tak samo jak ona. Niejednokrotnie umiał ją rozśmieszyć nie zgrywając przy tym durnia i w przeciwieństwie do wielu innych ludzi uważnie jej słuchał. Może nic na to nie wskazywało ale potrafił być opiekuńczy i z pewnością miał sumienie. Niejednokrotnie widziała jak go dręczy. Znów zakryła oczy rękoma by na powrót się nie rozpłakać, gdy usłyszała pukanie do drzwi.
- Proszę. - powiedziała cicho.
Ktoś powoli otworzył drzwi.
- Był w moim pokoju. -
Usłyszała głos Malfoya lecz nie spojrzała na niego ani nie opuściła rąk. Krzywołap miałknął przeciągle i opadł na dywan cichym tąpnięciem.
- Wybacz, nie jestem w stanie go dopilnować. - rzuciła obojętnym tonem.
- Nie szkodzi, biorę eliksir odczulający. - odparł i zamilkł na chwilę lecz nie wyszedł z pokoju. - Wszystko w porządku Granger? -
Dziewczyna westchnęła. Miała ochotę wrzeszczeć że nic nie jest w porządku. Że właśnie jej głupie, mugolskiego pochodzenia serce zakochało się w arystokratycznym paniczu który pewnie w dalszym ciągu czuje do niej pewną dozę odrazy, a ona nie myśli o niczym innym jak tylko o tym, by się do niego zbliżyć.
- Boli mnie głowa. - odpowiedziała. - Proszę, zostaw mnie samą Malfoy. - po czym odwróciła się do niego plecami i gdy usłyszała zamykające się za nim drzwi pozwoliła by łzy znów zaczęły płynąć.

*

Noc Duchów jak zawsze była dla całej szkoły wielkim wydarzeniem. Młodsze roczniki prześcigały się w domysłach czym w tym roku zaskoczą ich organizatorzy, jednak Dracona Malfoya zupełnie to nie obchodziło. Kiedyś chodził całkowicie obojętny na to co się wokół niego dzieje, lecz teraz wypełniała go wściekłość. Był wściekły, gdyż treningi podczas ulewnych deszczy dawały mu w kość i już kilkakrotnie musiał odwiedzić Skrzydło Szpitalne po eliksir pieprzowy na przeziębienie. Kolejnym powodem do wściekłości była Daphne Greengrass, która wręcz w nachalny sposób próbowała nawiązać bliższą znajomość między nim a jej siostrą Astorią. Nic nie miał do młodej Ślizgonki, ale nie interesowała go w żaden inny sposób niż czysto koleżeński i może nawet byłby zdolny do poświęcenia młodszej siostrze Greengrass swojej uwagi, lecz Daphne skutecznie go do tego zniechęcała. Jednak nic nie wytrącało go z równowagi w takim stopniu, jak zachowanie jego współlokatorki. Od kilku tygodni skutecznie i z premedytacją go unikała. Był o tym całkowicie przekonany, gdyż podczas lekcji nawet na niego nie patrzyła. W dormitorium od razu zamykała się w swoim pokoju, a na patrolach zawsze szła z książką w ręce lub wyprzedzała go o kilka kroków tak by nie mógł nawiązać z nią rozmowy. Kilkakrotnie próbował ją zagadnąć, lecz Gryfonka szybko ucinała temat jakąś lakoniczną i suchą odpowiedzią. Nie miał pojęcia co się stało i dlaczego dziewczyna zaczęła zachowywać się w ten sposób. Ostatni raz odezwała się do niego dzień po próbie kilka tygodni temu, gdy poprosiła go o tymczasowe zawieszenie lekcji patronusa. Tłumaczyła się wtedy natłokiem prac domowych i obowiązków, lecz czuł że stoi za tym coś zupełnie innego. Wracał właśnie od Blaisea by zdążyć na wieczorną ucztę i zastanawiał się czy zapukać do pokoju Gryfonki i zaproponować jej wspólne wyjście jako Prefekci Naczelni, czy jednak sobie darować. Przeszedł pod obrazem i od razu zrozumiał że coś jest nie tak. W salonie stał Ron Weasley, Harry Potter i Luna Lovegood. Wszyscy troje spojrzeli na niego i kiwnęli głowami w jego stronę. Ich miny zdradzały że stało się coś niedobrego. Nie potrafił zliczyć jak często widział taki wyraz twarzy. Po chwili, gdy puls mu przyśpieszył a serce zaczęło szybciej bić doszły do niego przytłumione odgłosy z pokoju współlokatorki. Jakiś płacz i krzyki. Znowu płacz i jej znajomy głos. Już chciał wejść do środka gdy nagle z pokoju wyszła Ginny Weasley. Rudowłosa siostra Rona zamknęła za sobą drzwi i rzuciła na nie zaklęcie wyciszające.
- Co się stało? - zapytał Ślizgon tonem nieznoszącym sprzeciwu.
Ginny westchnęła ciężko i usiadła na kanapie. Przeczesała ręką włosy i wzięła od Harryego drinka. Dopiero gdy wypiła go jednym łykiem odpowiedziała mu na pytanie.
- Hermiona dostała dzisiaj wydanie Proroka Wieczornego. - zaczęła Weasleyówna siląc się na spokój. - Niestety, przeczytała w nim że w świecie Mugoli doszło dzisiaj do przerażającego zamachu terrorystycznego. Dokładnie w Australii, w kraju gdzie żyją jej rodzice. W pięciu miejscach terroryści podłożyli bomby i o tej samej godzinie je detonowali. Zginęły setki. - przerwała na chwilę by wziąć głębszy wdech i po chwili kontynuowała. - Oczywiście można przypuszczać że rodzice Hermiony są teraz w zupełnie innym miejscu, albo nic im się nie stało, jednak prawdopodobieństwo że byli w którymś z miast podczas ataku jest bardzo wysokie. Tutaj, w Hogwarcie, nie ma możliwości sprawdzenia czy są cali i bezpieczni. Sama z resztą nie wie gdzie dokładnie są, ale mogłaby zadzwonić na numer alarmowy podawany w takich momentach w telewizji i zapytać czy są na liście ofiar. Przecież zna ich fałszywe dane, sama je im wszczepiła. Niestety, najbliższy odbiornik jest pewnie w jakiejś mieścinie kilkadziesiąt kilometrów stąd. McGonagall nigdy się nie zgodzi by sama gdziekolwiek się ruszyła. - powiedziała Ginny z rezygnacją w głosie. - Nie może sobie wybaczyć że jeszcze ich nie odnalazła i zamiast ich szukać najpierw wróciła do szkoły... -
- Telefuzja? Co to jest? - zapytał Draco marszcząc brwi.
- Telewizja Malfoy. - poprawiła go Ginny. - Telewizor to takie urządzenie elektroniczne które odbiera ruchomy obraz i dźwięk. Dzięki niemu można szybko się o czymś dowiedzieć, lub zapewnić sobie rozrywkę. Praktycznie każdy mugol ma go w domu. - wzruszyła ramionami i oparła się o poręcz kanapy.
- A skąd ty to wiesz? - zapytał z ciekawością Ron.
- W te wakacje byłam przecież u babci Miony, więc poznałam nieco mugolski świat. Nie jest taki zły. - powiedziała po czym blado uśmiechnęła się do Harryego.
- Jak widać. - mruknął pod nosem Malfoy. Jego myśli pędziły do przodu. Jeśli się nie myli, możliwe że wie jak pomóc Gryfonce. Jednak nie miał pewności i wiedział że sporo ryzykuje. Dodatkowo będzie musiał poprosić o pomoc bandę cieci z Gryffindoru co całkowicie mu się nie uśmiechało, jednak wiedział że nie ma wyboru. Wyprostował się i oznajmił stanowczym tonem.
- Myślę, że wiem co trzeba zrobić, jednak wy musicie mi w tym pomóc. -
- My? A niby dlaczego my mamy tobie pomagać? Myślisz że tak po prostu..
Wywód Rona szybko został przerwany przez Harryego, który wszedł mu w słowo.
- Co chcesz zrobić? -
- Zabrać Granger tam gdzie jest ta cała telewizja. Jednak będzie to oznaczało że nie pojawimy się na uczcie Nocy Duchów. Musicie powiadomić o tym Blaisea i Pansy. Pomogą wam gdyż dyrektor z pewnością zauważy naszą nieobecność, ale im później tym lepiej, a byłoby dobrze gdyby Blaise się wcześniej nie wygadał. - powiedział i gdy Harry kiwnął głową na znak zrozumienia kontynuował. Gdy już naprędce opowiedział im plan, a Potter po kilku minutach wrócił do ich dormitorium z magiczną peleryną w rękach i przekazał ją Draconowi, ten bez zbędnych ceregieli wszedł do pokoju szatynki.
Zapłakana dziewczyna uniosła głowę i otarła łzy.
- Wyjdź, chcę zostać sama. - powiedziała urywanym szlochem.
- Wyjdę ale z tobą. - odpowiedział spokojnie blondyn.
- Co? N-nigdzie nie idę Malfoy. Zostaw mnie w spokoju. -
- Chcę ci pomóc Granger, chodź bo mamy mało czasu. - dodał poddenerwowany.
- P-powiedziałam że nigdzie z t-tobą nie idę Malfoy. Daj mi spokój! - wrzasnęła.
- Do cholery! - zaklął Draco na co Hermiona szeroko otworzyła oczy. Jeszcze nie słyszała by Ślizgon kiedykolwiek użył mugolskiego przekleństwa. - Jesteś taka uparta! Od trzech tygodni unikasz mnie jak ognia, ale w porządku, nic nie mówię chociaż nie wiem czym sobie na to zasłużyłem. Jednak teraz nie dam się zignorować. Albo wstaniesz sama, albo cię zaknebluję i zaniosę siłą! - wrzasnął a jego spojrzenie zdradzało iż jest śmiertelnie poważny.
Hermiona wstała, poprawiła swój mundurek i siląc się na obojętność zapytała.
- Więc? Gdzie mamy iść? -
Draco westchnął w duchu i wyciągnął z torby pelerynę niewidkę. Narzucił ją na siebie i zdziwioną Gryfonkę i garbiąc się jak tylko było to możliwe zaczął iść obok niej. W pokoju wspólnym było pusto. Harry, Ron, Ginny i Luna już wyszli więc szybko minął obraz i uważając by nie wpaść na żadnego z uczniów zmierzającego do Wielkiej Sali, wyprowadził Gryfonkę poza szkolne mury.
- Ufasz mi? - zapytał gdy minęli wrota wejściowe i zaczęli iść drogą prowadzącą do Hogsmeade.
Kasztanowłosa spojrzała na niego lecz szybko odwróciła twarz.
- Tak. - odpowiedziała krótko.
Draco zatrzymał się i zdjął z nich pelerynę. Schował ją do torby i zgiął ramię tak, by dziewczyna mogła za nie chwycić.
- Więc złap mnie za rękę i zdaj się na mnie. - powiedział i spojrzał przed siebie.
Hermiona zawahała się przez ułamek sekundy, lecz po chwili wykonała polecenie i poczuła jak siła teleportacji okręca jej ciało w miejscu.

*

Dom nikł w mroku nocy i jedynie palące się światło w jednym z pokoi świadczyło o fakcie iż nie jest on opuszczony. Dookoła panowała ciemność i kompletna cisza. W pobliskim jeziorze późnojesienny koncert dawały magiczne żaby i świerszcze. Hermiona była tutaj tylko raz, trzy miesiące temu, gdy wraz z Harrym, Ronem i resztą rodziny Weasley przyszła odwiedzić Teddyego Lupina, osieroconego syna Nimfadory i Remusa Lupin. Harry starał się być przykładnym ojcem chrzestnym i odwiedzał malca w te wakacje tak często jak tylko mógł i za każdym razem zwracał się do Hermiony o pomoc w wybraniu prezentu dla chłopca. Kasztanowłosa spojrzała pytająco na Dracona gdy ten zatrzymał się  w pewnej odległości od domu.
- Dlaczego mnie tutaj przyprowadziłeś? - zapytała.
Ślizgon odpowiedział jej wciąż na nią nie patrząc.
- Pomyślałem że moja ciotka będzie miała w swoim domu telewizor, w końcu jej mąż był pochodzenia mugolskiego. - wyjaśnił.
- Telewizor? - zdziwiła się. - Ale po co? -
- Żebyś mogła sprawdzić co z twoimi rodzicami. Chodźmy. - powiedział i uwolnił ramię z jej uścisku.
Hermiona poczuła jak w jej gardle rośnie coś mokrego. Wzruszenie zawładnęło jej ciałem, lecz ruszyła zaraz za arystokratą by po chwili stanąć obok niego naprzeciwko drzwi frontowych.
Draco zapukał do drzwi najciszej jak potrafił nie chcąc obudzić dziecka, jednak po chwili rozległ się płacz chłopca dochodzący z wnętrza domu. Usłyszeli jak Andromeda mówi coś do Teddyego i podchodzi do drzwi.
- Kto tam? - zapytała zanim je otworzyła.
- To ja ciociu, Draco. -
Brunetka otworzyła drzwi trzymając dziecko na rękach i nie kryła zdziwienia.
- Draco? Hermiona Granger? - zapytała przenosząc swój wzrok na dziewczynę.
- Dobry wieczór pani Tonks. - Hermiona poczuła się okropnie głupio. Nagle, bez zapowiedzi i w środku semestru szkolnego wparowała do domu obcej kobiety w towarzystwie jej siostrzeńca. Niby jak miałaby to wytłumaczyć?
- Wejdźcie do środka, na dworze jest bardzo zimno. - Pani Tonks zamknęła za nimi drzwi i przeszła do salonu. Włożyła spokojnego już chłopca do dziecinnego krzesełka i spojrzała na swoich gości wyczekująco.
- Ciociu, czy moglibyśmy przejść do kuchni? - zapytał Draco mając nadzieję że ciotka wyczyta w jego oczach niemą prośbę.
- Och, tak. Pomożesz mi zrobić herbatę. - powiedziała i po chwili zniknęła za kuchennymi drzwiami wraz z siostrzeńcem.
Hermiona rozejrzała się po salonie. Gdzieniegdzie leżały dynie z których Andromeda wyrzeźbiła piękne lampiony. Mimo iż Teddy był jeszcze za mały by cokolwiek z tego zrozumieć, najwidoczniej babcia chciała by wnuk obchodził swoją pierwszą Noc Duchów jak należy. Szatynka wstała i podeszła do chłopca który bawił się grzechotką.
- Nie jesteś śpiący? - zapytała głaszcząc go po głowie.
- Aguu! - uśmiech chłopca świadczył raczej o fakcie iż rozbudził się na dobre.
Jego niebieskie włosy nagle przybrały ten sam odcień co jej. Zaśmiała się i odwróciła gdy usłyszała za sobą głos gospodyni.
- To pierwszy raz gdy jego włosy przybrały taką barwę. Wygląda jak laleczka. - powiedziała z uśmiechem i postawiła filiżankę na stoliku.
- Proszę nam wybaczyć to niespodziewane najście. - zaczęła Hermiona przepraszającym tonem lecz Andromeda pokręciła głową i machnęła ręką.
- Nic nie szkodzi, proszę, tutaj jest pilot, na pewno wiesz jak go używać. - wręczyła Hermionie mały przedmiot i wskazała na telewizor. - Mój mąż uwielbiał telewizję. Po jego śmierci nie miałam serca pozbywać się odbiornika... z resztą, czasem też lubię coś obejrzeć. - dodała z uśmiechem.
Do pokoju wszedł Draco niosąc w rękach telefon stacjonarny na długim kablu. Położył go na stole obok filiżanki z herbatą i podszedł do Teddyego. Malec błyskawicznie zmienił kolor włosów na platynowy blond upodabniając się do Ślizgona.
- Wyglądają jak bracia. - zauważyła Andromeda. - Czy pozwolisz że na chwilę zostawię cię samą? Póki Draco ma oko na małego wzięłabym kąpiel. - dodała.
- Oczywiście, dziękuję pani Tonks. - Hermiona usiadła naprzeciwko telewizora i z bijącym sercem przerzuciła kanał na informacyjny. Okropne obrazy zalewały jej umysł. Zniszczone budynki, porozrzucane zwłoki, płaczący i biegnący we wszystkich kierunkach ludzie. Nie chciała na to patrzeć, nie chciała tego słuchać, jednak wiedziała że musi dowiedzieć się czy byli gdzieś tam jej rodzice. Do zamachów doszło wczesnym popołudniem, więc większość ofiar została już zidentyfikowana. Hermiona wybrała numer podany na ekranie i najpierw połączyła się punktem informacyjnym w Sydney.
- Wendell i Monica Wilkins.. - powiedziała do słuchawki. Chwila oczekiwania wydawała się jej wiecznością. - Tak, dziękuję. - powiedziała po chwili i odłożyła słuchawkę.
Draco nie odezwał się ani słowem, czekał aż Gryfonka sama powie czego się dowiedziała. Po chwili zabrała głos.
- W Sydney nie ma ich na liście ofiar. - powiedziała beznamiętnym tonem. O dziwo nie poczuła ulgi. Skoro nie było ich tam, prawdopodobne że są gdzie indziej. Wykręciła numer alarmowy kolejnego miasta i tak jak poprzednio czekała na odpowiedź po drugiej stronie. Arystokrata starał się jej nie przeszkadzać. Wyciągnął Teddyego z krzesełka gdy chłopiec wzniósł ku górze swoje małe rączki i podszedł z nim do okna. Na parapecie rozłożone były liczne zabawki należące do brzdąca, więc wybrał kilka, po czym usiadł na kanapie i posadził malca na kolanach. Hermiona właśnie odłożyła słuchawkę po ostatnim telefonie.
- Nigdzie ich nie zidentyfikowano. - powiedziała smutno. - Ale nie mogę przestać się martwić. - dodała i schowała twarz w dłoniach. - Możliwe że jeszcze za wcześnie, może trzeba jeszcze poczekać...-  Nagle poczuła jak ktoś dotyka jej ręki. Podniosła wzrok i spojrzała wprost w stalowo szare oczy Dracona.
- Zostaniemy ile będzie trzeba. -
- A szkoła? - zapytała prostując się w fotelu. - McGonagall pewnie już się zorientowała że nas nie ma... Nawet nie chcę myśleć w jakie kłopoty się przeze mnie wpakowałeś, ale nie martw się, powiem że sama cię do tego zmusiłam. -
- Przestań Granger. -przerwał jej Ślizgon. - Zanim wyszliśmy poinstruowałem twoich przyjaciół by skontaktowali się z Blaisem i Pansy. Razem na pewno coś wymyślą. A nawet jeśli dyrektor dowie się że nas nie ma, to przecież nie urwie nam głów i nie wtrąci do lochów. -
- Ku niezadowoleniu Filcha. - mruknęła Gryfonka i parsknęła pod nosem.
Spojrzeli na siebie przelotnie po czym oboje utkwili wzrok w telewizorze. Po chwili Hermiona zerknęła na Dracona który właśnie kołysał lekko Teddyego w ramionach. Ten widok ją rozczulił i pozwolił na krótką chwilę zapomnieć o bólu. Nie przypuszczała że Ślizgon tak świetnie radzi sobie z dziećmi. Uśmiechnęła się do siebie lecz chwila rozbawienia minęła tak szybko jak się pojawiła.
- Nie wiem jak ci się za to odwdzięczę. - zaczęła. - Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy. - dodała.
- Może na początek w ramach wdzięczności przestań mnie unikać? - zapytał Draco, a w jego głosie można było dosłyszeć nutę pretensji. Hermiona spuściła wzrok.
- Przepraszam, ale to nie takie proste. - powiedziała wciąż przyglądając się swoim skarpetkom.
Blondyn zmarszczył brwi.
- Co nie jest proste? - starał się być spokojny zważając na fakt iż w ramionach wciąż trzymał śpiącego już malca, ale czuł że Gryfonka będzie się starała zamydlić mu oczy. - Wytłumacz mi, to może zrozumiem fakt iż praktycznie z dnia na dzień przestałaś się do mnie odzywać. - wyrzucił z siebie jednym tchem.
- Nie zrozumiesz... - zaczęła cicho.
- Masz mnie za idiotę? -
- Nie, to nie tak.. -
- Więc jak? Przestań robić ze mnie durnia Granger i powiedz o co ci chodzi. Zawsze byłaś taka wygadana, a teraz nagle milczysz jak zaklęta. -
Do salonu weszła ciotka więc szybko przerwali tę niezbyt przyjemną wymianę zdań.
- Dziękuję że się nim zaopiekowałeś Draco. - powiedziała kobieta odbierając z rąk blondyna śpiącego wnuka.
- Żaden kłopot. - odpowiedział.
Po chwili znów zostali sami gdy Andromeda zniknęła z dzieckiem na schodach, zapewne by położyć go do łóżeczka. Hermiona wstała nie mogąc wytrzymać dłuższego siedzenia i podeszła do okna. Na zewnątrz nic nie było widać. Jedynie szum wiatru dawał o sobie znać w szczelinach ram. Westchnęła i przymknęła oczy. Nie chciała teraz myśleć o uczuciach do Malfoya które zaczęły się w niej rodzić od pewnego czasu. Ciężar strachu o rodziców już i tak wystarczająco ją przytłaczał, wiedziała że jeszcze trochę a całkiem straci tę resztkę spokoju którą w sobie miała. Najchętniej położyłaby się choćby i na podłodze i głośno wypłakała. Tłumienie tych wszystkich uczuć zaczynało ją palić od środka. Nagle poczuła na ramieniu dłoń. Spojrzała przed siebie i w odbiciu szyby dostrzegła stojącego obok niej Dracona. Przeniosła na niego swój wzrok, tak bardzo chciała by był przy niej teraz, jednocześnie doskonale zdawała sobie sprawę że im bliżej on jest, tym trudniej jej później będzie. Ale miała już dosyć, była potwornie zmęczona i osamotniona. Czuła że szpony żalu i rozpaczy zaczynają ściskać jej serce w żelaznym uścisku, więc nie zastanawiając się dłużej objęła Ślizgona w pasie i przytuliła się do niego mocno. Tak jakby sama jego obecność mogła przegonić wszystkie demony. Bała się że ją odepchnie, odrzuci i zwyzywa, jednak on zgodził się na tę bliskość i nie odezwał ani jednym słowem. Żadnych "będzie dobrze", "nic im się nie stało", czy "no już, nie płacz". Objął ją ramionami i pozwolił by cichy szloch zmoczył mu koszulę na wysokości serca. Po kilku minutach Gryfonka wyprostowała się i poprawiła ubranie.
- Dziękuję. - powiedziała i ponownie usiadła przed telefonem by kolejny raz obdzwonić wszystkie miasta.

~

Wracali do Hogwartu pod peleryną niewidką w milczeniu. Ciotka Andromeda obiecała że nie wspomni o ich niezapowiedzianych odwiedzinach Narcyzie, ani nikomu innemu. Na pożegnanie mocno wyściskała oboje i kazała obiecać że odwiedzą ją ponownie. Minęli właśnie ostatni zakręt prowadzący do ich dormitorium i po chwili przeszli pod obrazem. Ściągnęli z siebie niewidkę i ze zdumieniem zauważyli że salon jest pełen ludzi. Na jednym z foteli spał Blaise Zabini a na drugim Pansy Parkinson. Na kanapie oparci o swoje ramiona spokojnie drzemali Harry, Ron, Ginny i Luna. Hermionę rozczulił ten widok i chociaż niechętnie, podeszła do przyjaciół by ich obudzić.
- Harry, obudź się, Ginny, przepraszam, ale musisz wstać. - mówiła gdy kolejne osoby otwierały leniwie powieki. Kilka chwil później wszyscy przecierali oczy i przeciągali się w swoich miejscach.
- I jak, Hermiono? - zapytał ostrożnie Ron.
Gryfonka pokręciła przecząco głową.
- Nie ma ich na żadnej z list osób martwych czy zaginionych. -
- To, to chyba dobrze. - zauważył Blaise i wstał z fotela.
Ginny podeszła do przyjaciółki i mocno ją objęła.
- Najprawdopodobniej nic im się nie stało. - powiedziała blado uśmiechając się do przyjaciółki.
Hermiona usiadła na kanapie obok Harrego który z uczuciem poklepał ją po dłoni i uśmiechnął się do niej czule.
- A co z wami? - zapytała szatynka. - Nikt się nie zorientował że nas nie ma? -
Wszyscy spojrzeli po sobie i uśmiechnęli się pod nosem.
- Blaise miał niezły plan. - zauważył Harry.
- Niezły, ale ryzykowny. - dodała Ginny.
- To znaczy? - zapytał blondyn nalewając sobie Ognistej do szklanki.
- Użyłem eliksiru wielosokowego by się w ciebie zmienić. - odparł z dumą Blaise.
- Co?! -
- Skąd miałeś eliksir? - zapytała Hermiona.
- Mam go trochę w swojej prywatnej kolekcji. - odpowiedział uśmiechając się szeroko. - Razem z Pansy byliśmy w dormitorium gdy wielki jeleń Harryego kazał nam szybko wyjść za drzwi. Czekali już tam na nas i gdy powiedzieli co się dzieje wróciłem po dwie fiolki eliksiru, po czym z powrotem przyszliśmy tutaj. Tak więc ja zmieniłem się w ciebie Draco, a Luna w Hermionę. Uważaliśmy że nasze niepojawienie się na uczcie nie wzbudzi zbyt dużych podejrzeń.  -
- Ale skąd mieliście włosy? - drążyła Gryfonka.
- Z waszych szczotek. - odpowiedziała Pansy.
- Na szczęście nie wyczyściliście ich do ostatniego włoska, inaczej plan poszedłby do kosza. - mruknął zaspanym głosem Ron.
- Fajnie było być Gryfonką przez jeden wieczór. - zauważyła Luna z rozmarzoną miną. 
- Mam nadzieję że nie wyprawiałeś nic głupiego z moim ciałem. - powiedział szorstko Draco patrząc na przyjaciela.
- Z imitacją twojego ciała. - poprawił go Zabini. - Nawet gdybym chciał to bym nie mógł, McGonagall przyglądała się nam wszystkim badawczo. Możliwe że po kilku pucharach ponczu byłem zbyt radosny. - wzruszył ramionami na co reszta się zaśmiała a arystokrata westchnął głośno.
- Powinniśmy się zbierać. - zauważyła Ginny. - Ale jest już po pierwszej i jeśli ktoś nas przyłapie zarobimy szlabany i dodatkowo cała intryga może się wydać. Jest nas za dużo. - dodała.
Draco schylił się do torby i wyjął z niej pelerynę niewidkę. Podał ją Harremu i krótko podziękował.
- My możemy iść pod peleryną, chociaż musimy uważać na nogi, reszta niech użyje zaklęcia kameleona. Co wy na to? - zapytał Wybraniec.
Wszyscy kiwnęli głowami na zgodę i po chwili zaczęli wychodzić z dormitorium małymi grupkami żegnając się wcześniej ze sobą. Gdy salon opustoszał Hermiona usiadła w swoim ulubionym fotelu i przymknęła zmęczone powieki. Była wdzięczna przyjaciołom i Ślizgonom za takie poświęcenie. Ryzykowali odkryciem i przykrymi konsekwencjami właśnie dla niej, czuła że Blaise i Pansy również stają się jej bliżsi. Zawsze tego pragnęła, jedności domów, zgody i współpracy między uczniami bez względu na przynależność. Fala ciepła i nadziei rozlała się po jej sercu. Wszystko wskazywało na fakt iż jej rodzice są bezpieczni, daleko od niej ale żywi. Przyjaciele jak zawsze gnali jej z pomocą, więc nie była sama, czuła że ma na kogo liczyć. Spojrzała na stojącego naprzeciwko kominka arystokratę. Z pewnością był zmęczony, jednak nie dał tego po sobie poznać. Odwrócił się w stronę szatynki i spojrzał jej w oczy. 
- Śpiąca? - zapytał odkładając pustą szklankę na barek i siadając na kanapie blisko jej fotela.
- Trochę. - odpowiedziała z lekkim uśmiechem.
- Jeszcze raz ci dziękuję, Malfoy. Nigdy tego nie zapomnę. - dodała szczerze.
- Czy w ramach podziękowania mogłabyś mi coś obiecać? - zapytał patrząc w swoje splecione dłonie. Nie wiedział dlaczego to mówi i dlaczego chce ją o to prosić. Przecież to tylko zwykła Gryfonka. Ta, o której przez tyle lat miał masę negatywnych myśli. Przez tyle lat wpajano mu że jest gorsza, głupsza, szlamowatej krwi. To tylko Gryfonka, mądra, piękna i dzielna, dzięki której zaczął odzyskiwać radość życia - pomyślał.
- To zależy. - odpowiedziała niepewnie.
- Przestań mnie unikać. To jest męczące. - powiedział i spojrzał jej w twarz. - Albo chociaż powiedz co zrobiłem, że się tak zachowujesz. -
Hermiona wstała i podeszła do drzwi swojego pokoju. Odwróciła się jednak gdy poczuła uścisk chłodnej dłoni na swoim nadgarstku.
- Jeśli myślisz że pozwolę tak ci odejść to jesteś w błędzie. - warknął. 
Jej serce zaczęło szybciej bić, prawie ogłuszając ją swym rytmem. Jego twarz znalazła się niebezpiecznie blisko. Zapach tak dobrze już znanych jej perfum wdarł się do świadomości i zawładnął zmysłami. Tak bardzo chciała się zbliżyć, jeszcze mocniej, jeszcze bardziej. Pragnęła tego jak jeszcze nigdy niczego na świecie i wiedziała że czegokolwiek by nie zrobiła, później będzie cierpieć. Ale ona zawsze walczyła o to czego pragnęła. Czy kiedykolwiek się poddała? Była Gryfonką, Hermioną Granger, piekielnie inteligentną, upartą i zawziętą czarownicą którą nawet tortury Bellatrix Lestrange nie zdołały złamać. Mimo to nie odważyła się zrobić tego jak należy, jej malinowe wargi dotknęły jedynie kącika jego ust, by po chwili oderwać się z uczuciem tęsknoty.
Draco zamarł i puścił jej rękę. Chciał coś powiedzieć, lecz zabrakło mu słów.
- Przepraszam jeśli moje poprzednie zachowanie cię zraniło, a to... to w ramach podziękowania. Dobranoc. - dodała i szybko zniknęła za drzwiami swojego pokoju. Oparła się plecami o zamknięte drzwi i chwyciła za oba policzki. To było głupie i szalone, jednak... zrobiłaby to jeszcze raz, gdyby tylko mogła. Wiedziała jednak że w jego oczach pewnie wciąż jest warta mniej niż sklątka tylnowybuchowa.

Arystokrata stał wciąż wpatrując się w drzwi za którymi zniknęła. Tak słodko pachniała gdy się do niej zbliżył. W jej oczach zauważył wahanie i dziwne pragnienie, jednak nie potrafił odgadnąć co to oznacza. Nie przypuszczał że jej usta musną jego własne i że tak bardzo będzie pragnął więcej. Więcej jej dotyku, więcej jej ust i zapachu. Zapłonęła w nim żądza której nie czuł od niepamiętnych czasów. Chciał wejść do jej pokoju i ją pocałować, ale tak jak jeszcze nigdy nikogo. Długo i namiętnie, z uczuciem i pasją którą w sobie tłumił. Od dawna odpychał od siebie myśli iż coś go do niej przyciąga. Zrzucał winę na ich wspólne mieszkanie i codzienne patrole, lecz musiał w końcu to przed sobą przyznać. Gdyby teraz zniknęła, gdyby odeszła i już nigdy więcej nie było mu dane zamienić z nią choćby słowa, nie wytrzymałby tego. Przez te dwa miesiące powoli lecz skutecznie zakradała mu się do serca. Stała się częścią jego codzienności i lepszą stroną życia. Jej głos, gdy coś opowiadała żywo gestykulując, jej wyraz twarzy gdy nie zgadzała się z brutalnością i niesprawiedliwością świata, jej uśmiech którym go tak często obdarzała, nawet wtedy gdy on miał dla niej tylko chłodne spojrzenie. Była niczym promień słońca, w tym  szarym, pochmurnym życiu. Bronił się przed tymi myślami i jedyne co mógł to wściekać się na samego siebie za fakt, iż pozwolił by Hermiona Granger tak mocno zakorzeniła się w jego sercu. Odszedł od drzwi i chwycił stojącą na barku butelkę Ognistej. Musi przestać o tym myśleć, to donikąd go nie zaprowadzi. Nie istnieje rzeczywistość w której mógłby pozwolić sobie na to uczucie. Ona, jasna, czysta i niewinna bohaterka wojenna gotowa oddać życie za przyjaciół. On, były sługa Voldemorta z wypalonym Mrocznym Znakiem, który już na zawsze miał być piętnem na jego honorze. Wszedł do swojego pokoju, położył się na łóżku nie zdejmując nawet butów i zamknął oczy. Chociaż we śnie mogła być jego.